-Posłuchaj mnie. Musisz poczuć naturę, żywioły. Musisz odnaleźć w sobie wilka. Dać się ponieść instynktowi i zaufać temu co tkwi w
twoim wnętrzu. Wiem, że to
wygląda i brzmi skomplikowanie ale musisz się skupić. Na początek powiem ci i
pokażę jak ja to robię. Wytężam zmysły, staram się poczuć lepiej żywioły. Wyciszam
się i skupiam na tym co czuje w danej chwili. Następnie się przemieniam. Tak po
prostu. Trzeba być spokojnym. Tylko tak zdołasz wydobyć tą drugą naturę.-mówił
ze spokojem prawdziwego nauczyciela
Tymon stał
przez chwilę w ciszy. Widać było po nim, że jest skupiony. Po chwili zaczął się
zmieniać. To nie były stopniowe zmiany. Odbyło się błyskawicznie. Po upływie
kilku sekund stał przede mną piękny czarny wilk. Wciąż nie mogłam się nadziwić
jego bystrym oczom i zadziwiającej potędze, którą okazywał każdym ruchem.
Przemienił się.
-Teraz ty.-
powiedział
Robiłam co kazał. Skupiłam się na wyostrzeniu
słuchu do maksimum tak aby usłyszeć bicie jego serca, tak rytmiczne. Chciałam
dostrzec nawet najmniejsze drobinki kurzu poruszające się wraz z powietrzem. I
poczuć zapach wody, którą słyszałam gdy lała się z kranu w drugim pokoju.
Poczuć otulające mnie promienie
księżyca, który jeszcze nie zniknął z horyzontem wpadające przez okno. To
wszystko się zdarzyło w jednej chwili. Osiągnęłam spokój idealny. Po prostu
stałam. I nagle poczułam jak moje ciało przeszywa ból. Przyjemny ból. Jeden
impuls a zmienił tak wiele. Stałam na czterech łapach. Moje futro było takie
jak włosy. To zauważyłam z zadowoleniem. Poruszałam się powoli. Jak drapieżnik.
Natężenie moich zmysłów osiągnęło apogeum. Czułam się teraz idealnie. Coś
mówiło mi, że nadal mogę ufać Tymonowi jednak pragnęłam w tej chwili oderwać
głowy wszystkim członkom Rady.
-Wystarczy.- ten głos należał do Tymona
Mówił
spokojnie jakby bał się, że go nie rozpoznam i napadnę. Chciało mi się śmiać.
Wiedziałam jednak, że muszę się skupić na ponownej przemianie. To nie było
wcale takie trudne. Musiałam tylko stłumić moje zmysły i przyszło samo. Jednak
było wyczerpujące. Zaczęłam ciężko dyszeć. Serce waliło mi jak szalone.
-I jak?- to pytanie kierował do mnie Tymon
-Lepiej być nie może.- wydyszałam-Ale miałeś
mi powiedzieć o co w tym chodzi. Mamy czekać na Michaela a coś mi mówi, że jeszcze trochę nie wróci.
-Racja. Odkąd ludzie się o nas dowiedzieli
stale nas atakują. Nie będę cie zanudzać szczegółami, wszystkimi porwaniami i
tego typu sprawami. Chodzi o to, że nie akceptują naszej odmienności. Stale nas
napadali. Porywali dzieci i oddawali do adopcji zaufanym ludziom. Większość z
nich umierała bo nie umiała się przystosować. Reszta uciekła do lasu. Większość
z uciekinierów znaleźliśmy. Nauczyliśmy ich jak być jednym z nas. Natan był
jednym z uciekinierów. Trudno uwierzyć, nie? Skoro zabili przywódcę
wypowiedzieli wojnę.
-Będziemy walczyć. Kto obejmie władzę? Ty?
Michael?
-Prawnie rzecz biorąc to ty powinnaś ją objąć
ale jesteś zbyt słabo doświadczona. Stołek zająłbym ja lub Michael. Ale żeby
tak się stało musisz się jej zrzec a tego zrobić nie możesz. Wtedy inni Unhasselie upominaliby
się o władzę.
-Czyli jesteśmy w martwym punkcie.
-Niezupełnie. Jeżeli kierowałby tobą Michael
byłabyś dobrą władczynią. Musiałabyś uczynić go swoim pośrednikiem, doradcą.
Tak wyglądałoby to normalnie. Niestety mamy wojnę. I to wszystko komplikuje.
Dlatego musisz się nauczyć okazywać władze i walczyć. Od tego jestem ja.
Michael gra na zwłokę. Jeżeli dojdzie do wojny
wewnętrznej wszyscy zginiemy. Jesteś naszą jedyną nadzieją.
Problem tkwił w tym, że nie chciałam być ich
nadzieją. Nie chciałam mieć tak ważnej roli. Nigdy. Pragnęłam tylko akceptacji.
I nie doczekałam się jej. Teraz też byłam inna, musiałam podjąć rolę
przywódczyni o wiele za wcześnie.
Owszem- chciałam władzy, tym nie różniłam się od innych istot żywych, każdy
chce na swój sposób przewodzić czemuś. Dla mnie jednak było na tę władzę za
wcześnie.
-Nie mogę dać sobie rady przy tak krótkim szkoleniu.
To bez sensu. Naprawdę nie mogę wytyczyć do władzy kogoś innego?- zapytałam
choć znałam już odpowiedź
-Przecież wiesz, że nie. Zastanawiam się
tylko czy naprawdę jesteś taka głupia czy tylko udajesz? Tłumaczyłem ci to
przed chwilą. Może ty po prostu nie chcesz zrozumieć co? Słuchaj, wiem że to
trudne ale nie ma innego wyjścia. Mówiłem ci. Musisz zostać Arwatem. Teraz mi
powiedz czy masz jakiekolwiek umiejętności w walce.- chociaż podczas wypowiedzi
obraził mnie niewiadomo ile razy podziałało
-Nieźle posługuję się nożem, mam dobry lewy
sierpowy. Nieraz biłam się w szkole z ludzkimi chłopakami. Raz było ich sześciu
i wszyscy wylądowali w szpitalu.-uśmiechnęłam się przebiegle- Poza tym
chodziłam na boks i łucznictwo aby „wyładowywać negatywną energię”. Opiekunowie
uznali, że jestem nadpobudliwa.
-W takim razie walcz z mną. Tu i teraz. Tym
co masz pod ręką.
Nie
czekając długo wyrwałam kawałek drewna z oparcia łóżka któregoś z chłopaków. Tymon
zrobił to samo. Krążyliśmy wokół siebie z bronią w rękach. To on zaatakował
pierwszy. Wystrzelił ku mnie prowizoryczną włócznią a ja zablokowałam atak i
wytrąciłam mu ją z ręki. Widać było iż jest on niedoświadczony z tego typu
bronią. Szłam ku niemu z „włóczniami” ułożonymi na krzyż. W końcu natrafił na
ścianę a ja przystawiłam mu broń do gardła.
-Poddajesz się, miernoto?- szydziłam
-Nigdy. I nie obrażaj mnie.
Tymon nie zważając na bliskość drewna i jego
tętnicy szyjnej wyprostował się napierając na nie. Po chwili rzucił się na mnie
pod postacią wilka. Byłam tak zdezorientowana, że nie zdążyłam zareagować i po
kilku sekundach jego zęby a raczej kły były niebezpiecznie blisko mojej szyi. Pode
wpływem instynktu wyostrzyłam zmysły i już pod postacią wilka zaczęłam napierać
na niego. Staliśmy naprzeciw siebie. Warczeliśmy. Skoczyłam ku niemu i gdyby
nie przemienił się w odpowiednim momencie nie żyłby już. Byłam bardzo blisko
przegryzienia jego gardła.
-Czyli jakoś radzisz sobie w walce.
Poradzisz sobie. Idź do siebie się przebrać w coś…nie poszarpanego. Czekam na ciebie
za pięć minut.- coraz bardzie denerwował mnie jego szyderczy ton
-Pozwól, że przypomnę ci kto prawie padł tu
martwy.
-Dałem ci wygrać.- mrugnął do mnie na co
tylko prychnęłam
Drogę do pokoju prawie przebiegłam. Porwałam
pierwsze lepsze jeansy i jakąś czarną koszulkę. Przebrałam się w tempie
błyskawicznym.
Kiedy wychodziłam Tymon już na mnie czekał.
-Dam ci jeszcze jedną radę. Masz być
stanowcza i sprawiać wrażenie osoby wiedzącej czego chce. Jeśli trzeba będzie
komuś przywalić żeby zapamiętał kto tu rządzi nie wahaj się ani chwili. Nie
możesz inaczej wszystko zawiedzie.
-W takim razie możesz wreszcie być cicho bo nie zamierzam niczego udawać. Ja
naprawdę wiem czego chce. I naprawdę jestem pewna siebie. Podobno to mnie
kiedyś zgubi.- miałam dość jego nic nieznaczących rad
Weszliśmy do Sali, której jeszcze nie
widziałam. Była dość duża. Tam znajdowała się cała Rada zawzięcie o czymś
konwersując a raczej przekrzykując się wzajemnie w wiadomej sprawie.
-Cisza.- powiedziałam to donośnym tonem ale
nie krzyczałam, wszyscy momentalnie ucichli
-Co cię tu sprowadza, Helen?- zapytał
niezbyt miło Fabian
-Radziłabym milej zwracać się do
przywódczyni Fabianie. Chyba nie chciałbyś aby twój syn ucierpiał, prawda?-
spojrzałam przelotnie na Tymona
-Nie jesteś jeszcze przywódczynią. Nie
jesteś Arwatem.
-Kwestia dziedziczności, pamiętasz? Mój
ojciec nie żyje więc o ile mi wiadomo ja jako jego pierworodne i jedyne dziecko
obejmuję władzę. Naturalnie potrzebuję doradcy, którym postanowiłam uczynić
przebywającego w tej sali Michaela- syna Lukasa.- skłoniłam się Lukasowi-Jak
rozumiem Rada musi teraz zaakceptować moje wybory i tym samym uzyskam
przychylność lub nie?
-Naturalnie. Udamy się na dyskusje i za
moment wrócimy z jej wynikiem.- Devon jak zwykle rozsądny
Przeszli do innej
Sali. Gdy już byłam pewna że mnie nie usłyszą odwróciłam się z sarkastycznym
uśmiechem do chłopaków.
-I co? Nie jestem chyba taka tępa, prawda
Tymon?- zaśmiałam się szyderczo
-Ale obeszłoby się bez grożenia mojemu ojcu
zaatakowaniem mnie.
-Przestań. Twój ojciec nie jest zbyt
normalny. Upierałby się przy swoim. Nieźle ci poszło Lena. Byłabyś dobrą
aktorką.- puścił mi perskie oczko
Nie
zwróciłam mu uwagi za zdrobnienie mojego imienia choć nienawidziłam zdrobnień.
Widocznie taką już ma naturę a Lena brzmiało całkiem nieźle. Przynajmniej nie
kombinował z Helą i tego typu zdrobnieniami. Dobijały mnie.
Później już czekaliśmy w milczeniu na
resztę Rady. Myślałam o tym jak dążyłam
do tego żeby zyskać w oczach Michaela i jak irytował mnie Tymon. Myślałam, że
chłopak jest w porządku ale z czasem stawał się względem mnie coraz bardziej
podły i cyniczny. Michael sprawiał wrażenie chodzącej potęgi i władzy od czasu
gdy nazwał mnie „świeżą krwią” być może dlatego chciałam zyskać w jego oczach
szacunek jako Arwat. Coraz bardziej
irytowała mnie przedłużająca się nieobecność Rady Po upływie pół godziny
raczyli się łaskawie zjawić.
-Po dokładnym przyjrzeniu się twojej
propozycji uznaliśmy iż wyjście, które proponujesz będzie najwłaściwszym. Naturalnie
jeśli Michael się na nie zgodzi. –rzekł Lukas patrząc ostrzegawczo na syna
-Naturalnie, że zgadzam się na prośbę
Arwata. –powiedział z przesadną uprzejmością kłaniając się mi
-Jako mój pośrednik możesz do mnie mówić po
imieniu, Michaelu.- dziwnie było słyszeć z jego ust coś co brzmiało jakby mi
podlegał
-Oczywiście, Leno. –nadal mówił tym dziwnym
uprzejmym tonem
-Pozostało nam tylko postanowić co zrobić w
sprawie ludzi. Nie mamy dość sił aby wypowiedzieć im wojnę. Nie może im to
także ujść na sucho. Muszą dostać nauczkę. Oko na oko, ząb za ząb.
-Przyznaję ci całkowitą rację, Fabianie
aczkolwiek zemsta najlepiej smakuje na zimno. Moim zdaniem powinniśmy poczekać
aż stracą czujność i dopiero wtedy zaatakować. Nie mam zamiaru pertraktować.
Przynajmniej na razie.
-W tej sprawie jesteśmy chyba jednomyślni
chyba że Devon ma inne zdanie?
-Naturalnie zgadzam się z Helen bynajmniej
może trzeba byłoby się zastanowić nad pokojowym rozwiązaniem sprawy. Jakimś
paktem pokojowym. Po co poświęcać tyle istnień na darmo?
-To nie wchodzi w grę. Muszę pomścić mojego
ojca. Inaczej będą myśleli, że zabijanie jednego z nas ujdzie im na sucho.
–powiedziałam to najzimniejszym tonem na jaki było mnie stać
-Dobrze w takim razie jutro ustalimy
dokładny plan działania. Na tą chwilę jedno jest pewne. Pomścimy Daniela
prędzej czy później.- słowa Fabiana dotarły do mnie ze zdwojoną siłą
Miesiąc po tym jak zostałam Arwatem byliśmy już na otwartej ścieżce wojennej z
ludźmi. Nic nie było pewne. Nikt nie wiedział czy dożyje do świtu. W tym czasie
zabiliśmy mnóstwo ludzi a także przywódcę Starszyzny, któremu osobiście
przegryzłam krtań. Oczywiście ludzie na początku po zabiciu ich przywódcy
chcieli pertraktować ale w tym samym czasie ich ludzie zabili całą rodzinę z
naszej osady. Ich jest więcej ale my jesteśmy od nich cztery razy silniejsi
więc odpłaciliśmy się zabiciem trzech członków Starszyzny wraz z żonami i ludzi
którzy skrzywdzili naszych. Nie zabijaliśmy byle kogo. Nie krzywdziliśmy
niewinnych jak oni, tylko tych którzy dla nich krzywdzili nas i członków
Starszyzny. Dzieci nie zabijaliśmy. Byłaby to zbyt duża zbrodnia.
Siedziałam na zebraniu Rady gdzie
zastanawialiśmy się co z tym zrobić. Mogliśmy skończyć te wojnę kiedy mieliśmy
okazję ale byliśmy zaślepieni żądzą zemsty. Naważyliśmy sobie piwa to musimy je
teraz wypić.
-Jest zbyt późno aby pertraktować.
Mamy więc trzy wyjścia. Wygramy. Poddamy się.
-Lub ogłosimy rozejm.- Devon wszedł mi
w słowo
-Najlepsze jest oczywiście ostatnie
wyjście ponieważ na pierwsze nie mamy szans a drugie jest po prostu niemożliwe.
Musielibyśmy się spotkać na neutralnym gruncie. I ktoś musiałby zanieść
wiadomość. Nikt z naszych bo od razu go zabiją. Pamiętacie tego strażnika,
który chodzi codziennie na zwiady? Ludzkiego strażnika? Gdyby okazał chęć
współpracy…
-Moglibyśmy uzyskać względny pokój a
następnie podpisać coś na kształt traktatu. O której strażnik patroluje?- i
znowu mi przerwano, tym razem zrobił to Fabian
-Około… za pół godziny. Kogo wysyłamy?
Proponuje Natana. Tylko wcześniej trzeba mu uświadomić, że człowiek ma
przeżyć.
-Popieram.-rozległo się z moich
czterech stron w tym samym czasie
-W takim razie zajmę się tym. Obrady
zakończone.-nareszcie mogłam wyjść
Wyszłam z Sali i od razu skierowałam się do
pokoju chłopaków. Weszłam jak zwykle bez pukania. I jak zawsze panował tam
bałagan.
-Natan, masz misję.-powiedziałam- musisz
tu sprowadzić pewnego człowieka. Bez krzywdzenia go i jakichkolwiek uszczerbków
na zdrowiu, psychice i ciele. Jasne?- pokiwał głową więc kontynuowałam- To
strażnik, który patroluje granice i teren poza nimi. Jest nam bardzo potrzebny.
Masz pół godziny bo dokładnie o tej porze zapuszcza się poza granice terytorium
ludzi.
Nie czekam na jego zgodę i po prostu wyszłam. Byłam
przyzwyczajona do tego typu spraw. W sumie załatwiałam je dzień w dzień. Po
prostu poszłam na śniadanie a raczej obiad bo obrady dzisiaj dość długo trwały
choć przez większość czasu byłam wyłączona. W jadalni czekali już na mnie Tymon
i Michael.
-Lena, nareszcie. Myślałem już, że
podmienili cie na jakiegoś cyborga i teraz nie musisz jeść.- zaśmiałam się
perliście
-Jak widzisz, Michaelu nic mi nie jest
więc teraz możemy coś wreszcie zjeść bo odkąd wstałam zdążyłam tylko napić się
naparu z jagód.
Tak jak powiedziałam uczyniłam. Nałożyłam
sobie sałatki i innych pyszności przygotowanych przez Mike’a. Po śniadaniu szybko pożegnałam się z
chłopakami i poszłam do holu gdzie czekał już niezawodny Natan wraz ze
strażnikiem.
Chłopak miał około dwudziestu lat. Był średniego
wzrostu. Miał jasnobrązowe włosy i brązowe oczy. Wyglądał dość upiornie. W
szarym mundurze strażnika i z podkrążonymi oczami mógłby przestraszyć niejedno
dziecko.
-Jak się nazywasz?
-M-Mateusz Chamber. Co Pani chce ze
mną zrobić?- zapytał wprost
Po co użył tego beznadziejnego słowa: pani?
Czy ja jestem aż tak straszna? A może tak jak od mojego ojca emanuje i ode mnie
władza, potęga i bezwzględność. Nie chciałam aby tak było. Chciałam być
sprawiedliwą władczynią umiejącą utrzymać lud w ryzach ale nigdy nie srogą.
-Nie jestem twoją panią. Mam ci do
zaproponowania uczciwy układ. Chodzi o zakończenie wojny w miarę pokojowo.
Potrzebny mi wysłannik do Starszyzny. Nikt z nas nie pójdzie bo od razu go
zabiją. Chcę żebyś był moim posłańcem.
-Nie bardzo rozumiem. Chce mnie pani
puścić wolno? Przecież jestem człowiekiem a wy takich zabijacie z całą rodziną
bo macie w sobie nieodpartą żądze mordu. –powiedział to z niedowierzaniem i
trwogą
-My zabijamy tylko w odwecie ale to
zaszło za daleko. Poza tym nie krzywdzimy dzieci, nie mają prawa odpowiadać za
błędy dorosłych. To Starszyzna zaczęła to wszystko kiedy zabiła mojego ojca-
byłego przywódcę. Jeżeli teraz wygaduje takie głupoty to tylko dlatego, że się
nas boi.
-Powiedzmy, że się zgadzam. Co będzie
należało do moich obowiązków?- zapytał nadal
niedowierzając
-Musisz zanieść Starszyźnie ten list i
przynieść odpowiedź. Potem pójdziesz wolno. Ode mnie masz zapewnioną całkowitą
nietykalność.-wskazałam na list, który przyniósł zbliżający się do nas Devon
-Dobrze. Mogę wyruszyć już teraz?
-Naturalnie.
Chłopak wyszedł. Odetchnęłam z ulgą. Teraz
pozostaje tylko czekać.
Następnego dnia już wiedziałam, że obie strony
chcą sprawę rozwiązać pokojowo. To znacznie ułatwiało. Jedyny problem tkwił w
tym, że to ja musiałam przemawiać jako Rada. Nikt nie będzie mnie wspierać.
Oczywiście za wyjątkiem obstawy i świadków, na których wybrałam Tymona i Samantę.
Szłam w otoczeniu mojej eskorty i ludzi mi potrzebnych. Bałam się. Bałam się,
że jeśli zawiodę doprowadzę do śmierci tych wszystkich ludzi. Będę za nią
odpowiedzialna.
Doszliśmy na polankę gdzie umówione było
spotkanie. Członkowie Starszyzny z eskortą już tam na nas czekali.
-Co proponuje Rada w związku z
zaistniałą sytuacją?- Starszyzna zabrała głos pierwsza
-Proponujemy ugodowe załatwienie
sprawy oraz podpisanie traktatu mającego na celu zabezpieczyć nas przed
następnymi takimi okolicznościami.
-Ciekawa propozycja aczkolwiek naszym
zdaniem mielibyśmy większe szanse w otwartej wojnie tak więc oczekujemy
przejęcia 10% ziem należących do Rady.
-Przykro mi ale byłoby to niemożliwe z
powodu tego iż mamy stosunkowo mniej ziem niż ludzie dodatkowo inny rytm dobowy
i wspólne egzystowanie nie miałoby zbytniego sensu. Chodzi nam wyłącznie o
życie w pokoju z naszymi zasadami na naszym terytorium. Przyszłam tu negocjować
w sprawie traktatu pokojowego a nie uprawniać państwo do posiadania naszych
terenów.-powiedziałam gorzko
-W takim razie nie mamy o czym
rozmawiać. I tak zdobędziemy te ziemie prędzej czy później. Skalaną tym co ma
na niej nastąpić bądź nie.
Wyciągnął pistolet i strzelił prosto w głowę
Tymona. Wiedziałam że nie żyje na długo zanim padł na ziemię. Strzał był zbyt
celny. Łzy zalśniły mi w oczach ale nie pozwoliłam im
płynąć.
-Posłaniec także więcej nam nie będzie
potrzebny.-po wypowiedzeniu tych słów jeden z obstawy przedstawiciela
Starszyzny skręcił Mateuszowi kark
Nie myśląc wiele wyskoczyłam ku
przedstawicielowi przywódców ludzkich i rozerwałam mu tętnice. To spotkanie
miało na celu odwrócenie naszej uwagi. Coś działo się w wiosce. Byłam tego
pewna. Rozgorzała walka a ja nic nie mogłam zrobić. Skinęłam na Sam i pędem
rzuciłyśmy się w wilczej postaci w kierunku wioski.
Im bliżej naszego domu byłyśmy tym
lepiej czułyśmy co się święci. W powietrzu czuć było dym. Jedynym słowem jakie
krążyło w tamtej chwili po moich myślach było jedno imię: Michael. Tylko on mi
został. Nie mogłam pozwolić, żeby coś mu się stało. Chciał iść z nami ale nie
pozwoliłam mu. Starszyzna nie działa nieprzewidzianie tak jak my. Oni wszystko
mieli już dokładnie zaplanowane. Spotkanie było tylko po to aby spalić wioskę.
Jako iż myśleliśmy, że sprawa rozstrzygnie się pokojowo większość wojska
wzięłam ze sobą aby pokazać jacy to my jesteśmy potężni. W pobliżu wioski nie
było rzeki. W każdym razie nie tak blisko aby szybko i sprawnie ugasić pożar.
Dotarłyśmy na miejsce. Wyglądało to gorzej niż
się spodziewałam. Wszystkie domy raziły
ognistym blaskiem. Główny budynek zdążył już spłonąć doszczętnie.
Słychać było jeszcze gdzieniegdzie krzyki dzieci i ich matek próbujących
osłonić swoje pociechy przed śmiercią jednakże już nic nie dało się dla nich zrobić.
Pożar już dogasał gdy ujrzałyśmy, że coś tam się porusza. W ruinach tego co jeszcze
niedawno nazywałyśmy domem ktoś był. Ktoś, kto przeżył.
-L-lena.- wychrypiał Michael
To on. Przeżył. Jest tutaj i nic mu się nie
stało. Teraz to jest najważniejsze. Czołgał się w naszą stronę. W moich oczach zaszkliły
się łzy. Podbiegłyśmy do niego razem z Sam choć do tej pory każda z nas z
osobna przezywała tragedię utraty domu, swojego miejsca na ziemi.
-T..ehhh.. tam..ehekhehe..j-jest..-
nie mógł nic wyraźnie powiedzieć, zbyt długo dławił go dym ognia
Z tego co jednak wywnioskowałam z jego słów
dotarło do mnie, że tam jeszcze ktoś jest. Schowali się pod ziemią.
-Weź go. Ja sprawdzę czy ktoś jeszcze
przeżył.
Sam skinęła w odpowiedzi głową i odciągnęła
brata. Podeszłam do uchylonej klapy i zobaczyłam cztery bardzo dobrze znane mi
postacie.
-Nic wam nie jest.- wyjąkałam
Po kolei pomogłam wyjść bliźniakom, Kat i Lis.
Dotarło do mnie, że to przeze mnie ci wszyscy ludzie zginęli. Tymon też. I
Nathaniel. Reszta Unhasselie. Czytałam kiedyś, że aby coś powstać na nowo musi
najpierw spłonąć w popiele. Może tak było i tym razem. Przytuliłam Michaela.
Był bohaterem dnia. Chłopcy wytłumaczyli mi, że byłby w lepszym stanie gdyby
nie wrócił po nich i dziewczyny podziemnymi tunelami. Nie mógł sprowadzić tam
reszty. Najpierw wszystko spadło na domy dopiero potem na świątynie.
-Gdzie
ruszymy? Gdzie się osiedlimy?- te słowa padły z ust Michaela, który jako
pierwszy się otrząsnął
-Pójdziemy przed siebie. W
kierunku zachodzącego słońca. Będziemy żyć tak jak chcemy i tam gdzie chcemy.
Jesteśmy wolni. Nie mamy żadnych zobowiązań.
-Helen ma racje.- zgodziła się
Lis- Nie jesteśmy tu potrzebni. Nie mamy tutaj nikogo. Możemy odejść. Dzisiaj
zginęli nasi przyjaciele. Wśród nich też Tymon, pamiętasz Kath co zawsze chciał
zrobić za wszelką cenę? Wyrwać się stąd. Spełnijmy jego marzenie i nie żyjmy
przeszłością bo to nic nie da. I tak zawsze będziemy przyjaciółmi. Razem zbyt
wiele przeszliśmy by teraz żyć oddzielnie.
-To jak? Jesteśmy w tym wszystkim
razem?- pytanie padło z ust Lis
-Razem.- powiedzieliśmy chórem
Później szliśmy pomagając sobie nawzajem na
zachód. Tam gdzie słońce chowało się na widnokręgu. Razem w nieznane szukając
prawdziwego szczęścia i radości. Podążając razem by odnaleźć swoje miejsce na
ziemi, tam gdzie dożyjemy końca swych dni i będziemy cieszyć się każdym dniem,
który nam pozostał. Mając w pamięci swych przyjaciół ale nie żyć przeszłością
aby nie zakłócać radości, którą w końcu odnajdziemy.
KONIEC
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz