piątek, 4 lipca 2014

W Pułapce 3/3



-Posłuchaj mnie. Musisz poczuć naturę, żywioły. Musisz odnaleźć w sobie wilka. Dać się  ponieść instynktowi i zaufać temu co tkwi w twoim wnętrzu. Wiem, że to wygląda i brzmi skomplikowanie ale musisz się skupić. Na początek powiem ci i pokażę jak ja to robię. Wytężam zmysły, staram się poczuć lepiej żywioły. Wyciszam się i skupiam na tym co czuje w danej chwili. Następnie się przemieniam. Tak po prostu. Trzeba być spokojnym. Tylko tak zdołasz wydobyć tą drugą naturę.-mówił ze spokojem prawdziwego nauczyciela
 Tymon stał przez chwilę w ciszy. Widać było po nim, że jest skupiony. Po chwili zaczął się zmieniać. To nie były stopniowe zmiany. Odbyło się błyskawicznie. Po upływie kilku sekund stał przede mną piękny czarny wilk. Wciąż nie mogłam się nadziwić jego bystrym oczom i zadziwiającej potędze, którą okazywał każdym ruchem. Przemienił się.
-Teraz ty.-  powiedział
Robiłam co kazał. Skupiłam się na wyostrzeniu słuchu do maksimum tak aby usłyszeć bicie jego serca, tak rytmiczne. Chciałam dostrzec nawet najmniejsze drobinki kurzu poruszające się wraz z powietrzem. I poczuć zapach wody, którą słyszałam gdy lała się z kranu w drugim pokoju. Poczuć  otulające mnie promienie księżyca, który jeszcze nie zniknął z horyzontem wpadające przez okno. To wszystko się zdarzyło w jednej chwili. Osiągnęłam spokój idealny. Po prostu stałam. I nagle poczułam jak moje ciało przeszywa ból. Przyjemny ból. Jeden impuls a zmienił tak wiele. Stałam na czterech łapach. Moje futro było takie jak włosy. To zauważyłam z zadowoleniem. Poruszałam się powoli. Jak drapieżnik. Natężenie moich zmysłów osiągnęło apogeum. Czułam się teraz idealnie. Coś mówiło mi, że nadal mogę ufać Tymonowi jednak pragnęłam w tej chwili oderwać głowy wszystkim członkom Rady.
-Wystarczy.- ten głos należał do Tymona
 Mówił spokojnie jakby bał się, że go nie rozpoznam i napadnę. Chciało mi się śmiać. Wiedziałam jednak, że muszę się skupić na ponownej przemianie. To nie było wcale takie trudne. Musiałam tylko stłumić moje zmysły i przyszło samo. Jednak było wyczerpujące. Zaczęłam ciężko dyszeć. Serce waliło mi jak szalone.
-I jak?- to pytanie kierował do mnie Tymon
-Lepiej być nie może.- wydyszałam-Ale miałeś mi powiedzieć o co w tym chodzi. Mamy czekać na Michaela a coś mi mówi, że  jeszcze trochę nie wróci.
-Racja. Odkąd ludzie się o nas dowiedzieli stale nas atakują. Nie będę cie zanudzać szczegółami, wszystkimi porwaniami i tego typu sprawami. Chodzi o to, że nie akceptują naszej odmienności. Stale nas napadali. Porywali dzieci i oddawali do adopcji zaufanym ludziom. Większość z nich umierała bo nie umiała się przystosować. Reszta uciekła do lasu. Większość z uciekinierów znaleźliśmy. Nauczyliśmy ich jak być jednym z nas. Natan był jednym z uciekinierów. Trudno uwierzyć, nie? Skoro zabili przywódcę wypowiedzieli wojnę.
-Będziemy walczyć. Kto obejmie władzę? Ty? Michael?
-Prawnie rzecz biorąc to ty powinnaś ją objąć ale jesteś zbyt słabo doświadczona. Stołek zająłbym ja lub Michael. Ale żeby tak się stało musisz się jej zrzec a tego zrobić  nie możesz. Wtedy inni Unhasselie upominaliby się o władzę.
-Czyli jesteśmy w martwym punkcie.
-Niezupełnie. Jeżeli kierowałby tobą Michael byłabyś dobrą władczynią. Musiałabyś uczynić go swoim pośrednikiem, doradcą. Tak wyglądałoby to normalnie. Niestety mamy wojnę. I to wszystko komplikuje. Dlatego musisz się nauczyć okazywać władze i walczyć. Od tego jestem ja. Michael gra na zwłokę. Jeżeli dojdzie do wojny wewnętrznej wszyscy zginiemy. Jesteś naszą jedyną nadzieją.
 Problem tkwił w tym, że nie chciałam być ich nadzieją. Nie chciałam mieć tak ważnej roli. Nigdy. Pragnęłam tylko akceptacji. I nie doczekałam się jej. Teraz też byłam inna, musiałam podjąć rolę przywódczyni  o wiele za wcześnie. Owszem- chciałam władzy, tym nie różniłam się od innych istot żywych, każdy chce na swój sposób przewodzić czemuś. Dla mnie jednak było na tę władzę za wcześnie.
-Nie mogę dać sobie rady przy tak krótkim szkoleniu. To bez sensu. Naprawdę nie mogę wytyczyć do władzy kogoś innego?- zapytałam choć znałam już odpowiedź
-Przecież wiesz, że nie. Zastanawiam się tylko czy naprawdę jesteś taka głupia czy tylko udajesz? Tłumaczyłem ci to przed chwilą. Może ty po prostu nie chcesz zrozumieć co? Słuchaj, wiem że to trudne ale nie ma innego wyjścia. Mówiłem ci. Musisz zostać Arwatem. Teraz mi powiedz czy masz jakiekolwiek umiejętności w walce.- chociaż podczas wypowiedzi obraził mnie niewiadomo ile razy podziałało
-Nieźle posługuję się nożem, mam dobry lewy sierpowy. Nieraz biłam się w szkole z ludzkimi chłopakami. Raz było ich sześciu i wszyscy wylądowali w szpitalu.-uśmiechnęłam się przebiegle- Poza tym chodziłam na boks i łucznictwo aby „wyładowywać negatywną energię”. Opiekunowie uznali, że jestem nadpobudliwa.
-W takim razie walcz z mną. Tu i teraz. Tym co masz pod ręką.
 Nie czekając długo wyrwałam kawałek drewna z oparcia łóżka któregoś z chłopaków. Tymon zrobił to samo. Krążyliśmy wokół siebie z bronią w rękach. To on zaatakował pierwszy. Wystrzelił ku mnie prowizoryczną włócznią a ja zablokowałam atak i wytrąciłam mu ją z ręki. Widać było iż jest on niedoświadczony z tego typu bronią. Szłam ku niemu z „włóczniami” ułożonymi na krzyż. W końcu natrafił na ścianę a ja przystawiłam mu broń do gardła.
-Poddajesz się, miernoto?- szydziłam
-Nigdy. I nie obrażaj mnie.
 Tymon nie zważając na bliskość drewna i jego tętnicy szyjnej wyprostował się napierając na nie. Po chwili rzucił się na mnie pod postacią wilka. Byłam tak zdezorientowana, że nie zdążyłam zareagować i po kilku sekundach jego zęby a raczej kły były niebezpiecznie blisko mojej szyi. Pode wpływem instynktu wyostrzyłam zmysły i już pod postacią wilka zaczęłam napierać na niego. Staliśmy naprzeciw siebie. Warczeliśmy. Skoczyłam ku niemu i gdyby nie przemienił się w odpowiednim momencie nie żyłby już. Byłam bardzo blisko przegryzienia jego gardła.
-Czyli jakoś radzisz sobie w walce. Poradzisz sobie. Idź do siebie się przebrać w coś…nie poszarpanego. Czekam na ciebie za pięć minut.- coraz bardzie denerwował mnie jego szyderczy ton
-Pozwól, że przypomnę ci kto prawie padł tu martwy.
-Dałem ci wygrać.- mrugnął do mnie na co tylko prychnęłam
 Drogę do pokoju prawie przebiegłam. Porwałam pierwsze lepsze jeansy i jakąś czarną koszulkę. Przebrałam się w tempie błyskawicznym.
 Kiedy wychodziłam Tymon już na mnie czekał.
-Dam ci jeszcze jedną radę. Masz być stanowcza i sprawiać wrażenie osoby wiedzącej czego chce. Jeśli trzeba będzie komuś przywalić żeby zapamiętał kto tu rządzi nie wahaj się ani chwili. Nie możesz inaczej wszystko zawiedzie.

                                                                                                                  
-W takim razie możesz wreszcie  być cicho bo nie zamierzam niczego udawać. Ja naprawdę wiem czego chce. I naprawdę jestem pewna siebie. Podobno to mnie kiedyś zgubi.- miałam dość jego nic nieznaczących rad
 Weszliśmy do Sali, której jeszcze nie widziałam. Była dość duża. Tam znajdowała się cała Rada zawzięcie o czymś konwersując a raczej przekrzykując się wzajemnie w wiadomej sprawie.
-Cisza.- powiedziałam to donośnym tonem ale nie krzyczałam, wszyscy momentalnie ucichli
-Co cię tu sprowadza, Helen?- zapytał niezbyt miło Fabian
-Radziłabym milej zwracać się do przywódczyni Fabianie. Chyba nie chciałbyś aby twój syn ucierpiał, prawda?- spojrzałam przelotnie na Tymona
-Nie jesteś jeszcze przywódczynią. Nie jesteś Arwatem.
-Kwestia dziedziczności, pamiętasz? Mój ojciec nie żyje więc o ile mi wiadomo ja jako jego pierworodne i jedyne dziecko obejmuję władzę. Naturalnie potrzebuję doradcy, którym postanowiłam uczynić przebywającego w tej sali Michaela- syna Lukasa.- skłoniłam się Lukasowi-Jak rozumiem Rada musi teraz zaakceptować moje wybory i tym samym uzyskam przychylność lub nie?
-Naturalnie. Udamy się na dyskusje i za moment wrócimy z jej wynikiem.- Devon jak zwykle rozsądny
 Przeszli do innej Sali. Gdy już byłam pewna że mnie nie usłyszą odwróciłam się z sarkastycznym uśmiechem do chłopaków.
-I co? Nie jestem chyba taka tępa, prawda Tymon?- zaśmiałam się szyderczo
-Ale obeszłoby się bez grożenia mojemu ojcu zaatakowaniem mnie.
-Przestań. Twój ojciec nie jest zbyt normalny. Upierałby się przy swoim. Nieźle ci poszło Lena. Byłabyś dobrą aktorką.- puścił mi perskie oczko
 Nie zwróciłam mu uwagi za zdrobnienie mojego imienia choć nienawidziłam zdrobnień. Widocznie taką już ma naturę a Lena brzmiało całkiem nieźle. Przynajmniej nie kombinował z Helą i tego typu zdrobnieniami. Dobijały mnie.
Później już czekaliśmy w milczeniu na resztę Rady.  Myślałam o tym jak dążyłam do tego żeby zyskać w oczach Michaela i jak irytował mnie Tymon. Myślałam, że chłopak jest w porządku ale z czasem stawał się względem mnie coraz bardziej podły i cyniczny. Michael sprawiał wrażenie chodzącej potęgi i władzy od czasu gdy nazwał mnie „świeżą krwią” być może dlatego chciałam zyskać w jego oczach szacunek jako Arwat.  Coraz bardziej irytowała mnie przedłużająca się nieobecność Rady Po upływie pół godziny raczyli się łaskawie zjawić.
-Po dokładnym przyjrzeniu się twojej propozycji uznaliśmy iż wyjście, które proponujesz będzie najwłaściwszym. Naturalnie jeśli Michael się na nie zgodzi. –rzekł Lukas patrząc ostrzegawczo na syna
-Naturalnie, że zgadzam się na prośbę Arwata. –powiedział z przesadną uprzejmością kłaniając się mi
-Jako mój pośrednik możesz do mnie mówić po imieniu, Michaelu.- dziwnie było słyszeć z jego ust coś co brzmiało jakby mi podlegał
-Oczywiście, Leno. –nadal mówił tym dziwnym uprzejmym tonem
-Pozostało nam tylko postanowić co zrobić w sprawie ludzi. Nie mamy dość sił aby wypowiedzieć im wojnę. Nie może im to także ujść na sucho. Muszą dostać nauczkę. Oko na oko, ząb za ząb.
-Przyznaję ci całkowitą rację, Fabianie aczkolwiek zemsta najlepiej smakuje na zimno. Moim zdaniem powinniśmy poczekać aż stracą czujność i dopiero wtedy zaatakować. Nie mam zamiaru pertraktować. Przynajmniej na razie.
-W tej sprawie jesteśmy chyba jednomyślni chyba że Devon ma inne zdanie?
-Naturalnie zgadzam się z Helen bynajmniej może trzeba byłoby się zastanowić nad pokojowym rozwiązaniem sprawy. Jakimś paktem pokojowym. Po co poświęcać tyle istnień na darmo?
-To nie wchodzi w grę. Muszę pomścić mojego ojca. Inaczej będą myśleli, że zabijanie jednego z nas ujdzie im na sucho. –powiedziałam to najzimniejszym tonem na jaki było mnie stać
-Dobrze w takim razie jutro ustalimy dokładny plan działania. Na tą chwilę jedno jest pewne. Pomścimy Daniela prędzej czy później.- słowa Fabiana dotarły do mnie ze zdwojoną siłą

  Miesiąc po tym jak zostałam Arwatem byliśmy już na otwartej ścieżce wojennej z ludźmi. Nic nie było pewne. Nikt nie wiedział czy dożyje do świtu. W tym czasie zabiliśmy mnóstwo ludzi a także przywódcę Starszyzny, któremu osobiście przegryzłam krtań. Oczywiście ludzie na początku po zabiciu ich przywódcy chcieli pertraktować ale w tym samym czasie ich ludzie zabili całą rodzinę z naszej osady. Ich jest więcej ale my jesteśmy od nich cztery razy silniejsi więc odpłaciliśmy się zabiciem trzech członków Starszyzny wraz z żonami i ludzi którzy skrzywdzili naszych. Nie zabijaliśmy byle kogo. Nie krzywdziliśmy niewinnych jak oni, tylko tych którzy dla nich krzywdzili nas i członków Starszyzny. Dzieci nie zabijaliśmy. Byłaby to zbyt duża zbrodnia. 
Siedziałam na zebraniu Rady gdzie zastanawialiśmy się co z tym zrobić. Mogliśmy skończyć te wojnę kiedy mieliśmy okazję ale byliśmy zaślepieni żądzą zemsty. Naważyliśmy sobie piwa to musimy je teraz wypić.
-Jest zbyt późno aby pertraktować. Mamy więc trzy wyjścia. Wygramy. Poddamy się.
-Lub ogłosimy rozejm.- Devon wszedł mi w słowo
-Najlepsze jest oczywiście ostatnie wyjście ponieważ na pierwsze nie mamy szans a drugie jest po prostu niemożliwe. Musielibyśmy się spotkać na neutralnym gruncie. I ktoś musiałby zanieść wiadomość. Nikt z naszych bo od razu go zabiją. Pamiętacie tego strażnika, który chodzi codziennie na zwiady? Ludzkiego strażnika? Gdyby okazał chęć współpracy…
-Moglibyśmy uzyskać względny pokój a następnie podpisać coś na kształt traktatu. O której strażnik patroluje?- i znowu mi przerwano, tym razem zrobił to Fabian
-Około… za pół godziny. Kogo wysyłamy? Proponuje Natana. Tylko wcześniej trzeba mu uświadomić, że człowiek ma przeżyć. 
-Popieram.-rozległo się z moich czterech stron w tym samym czasie
-W takim razie zajmę się tym. Obrady zakończone.-nareszcie mogłam wyjść
 Wyszłam z Sali i od razu skierowałam się do pokoju chłopaków. Weszłam jak zwykle bez pukania. I jak zawsze panował tam bałagan.
-Natan, masz misję.-powiedziałam- musisz tu sprowadzić pewnego człowieka. Bez krzywdzenia go i jakichkolwiek uszczerbków na zdrowiu, psychice i ciele. Jasne?- pokiwał głową więc kontynuowałam- To strażnik, który patroluje granice i teren poza nimi. Jest nam bardzo potrzebny. Masz pół godziny bo dokładnie o tej porze zapuszcza się poza granice terytorium ludzi.
 Nie czekam na jego zgodę i po prostu wyszłam. Byłam przyzwyczajona do tego typu spraw. W sumie załatwiałam je dzień w dzień. Po prostu poszłam na śniadanie a raczej obiad bo obrady dzisiaj dość długo trwały choć przez większość czasu byłam wyłączona. W jadalni czekali już na mnie Tymon i Michael.
-Lena, nareszcie. Myślałem już, że podmienili cie na jakiegoś cyborga i teraz nie musisz jeść.- zaśmiałam się perliście
-Jak widzisz, Michaelu nic mi nie jest więc teraz możemy coś wreszcie zjeść bo odkąd wstałam zdążyłam tylko napić się naparu z jagód.
 Tak jak powiedziałam uczyniłam. Nałożyłam sobie sałatki i innych pyszności przygotowanych przez  Mike’a. Po śniadaniu szybko pożegnałam się z chłopakami i poszłam do holu gdzie czekał już niezawodny Natan wraz ze strażnikiem.
 Chłopak miał około dwudziestu lat. Był średniego wzrostu. Miał jasnobrązowe włosy i brązowe oczy. Wyglądał dość upiornie. W szarym mundurze strażnika i z podkrążonymi oczami mógłby przestraszyć niejedno dziecko.
-Jak się nazywasz?
-M-Mateusz Chamber. Co Pani chce ze mną zrobić?- zapytał wprost
 Po co użył tego beznadziejnego słowa: pani? Czy ja jestem aż tak straszna? A może tak jak od mojego ojca emanuje i ode mnie władza, potęga i bezwzględność. Nie chciałam aby tak było. Chciałam być sprawiedliwą władczynią umiejącą utrzymać lud w ryzach ale nigdy nie srogą.
-Nie jestem twoją panią. Mam ci do zaproponowania uczciwy układ. Chodzi o zakończenie wojny w miarę pokojowo. Potrzebny mi wysłannik do Starszyzny. Nikt z nas nie pójdzie bo od razu go zabiją. Chcę żebyś  był moim posłańcem.
-Nie bardzo rozumiem. Chce mnie pani puścić wolno? Przecież jestem człowiekiem a wy takich zabijacie z całą rodziną bo macie w sobie nieodpartą żądze mordu. –powiedział to z niedowierzaniem i trwogą
-My zabijamy tylko w odwecie ale to zaszło za daleko. Poza tym nie krzywdzimy dzieci, nie mają prawa odpowiadać za błędy dorosłych. To Starszyzna zaczęła to wszystko kiedy zabiła mojego ojca- byłego przywódcę. Jeżeli teraz wygaduje takie głupoty to tylko dlatego, że się nas boi.
-Powiedzmy, że się zgadzam. Co będzie należało do moich obowiązków?- zapytał nadal niedowierzając
-Musisz zanieść Starszyźnie ten list i przynieść odpowiedź. Potem pójdziesz wolno. Ode mnie masz zapewnioną całkowitą nietykalność.-wskazałam na list, który przyniósł zbliżający się do nas Devon
-Dobrze. Mogę wyruszyć już teraz?
-Naturalnie.
 Chłopak wyszedł. Odetchnęłam z ulgą. Teraz pozostaje tylko czekać.

 Następnego dnia już wiedziałam, że obie strony chcą sprawę rozwiązać pokojowo. To znacznie ułatwiało. Jedyny problem tkwił w tym, że to ja musiałam przemawiać jako Rada. Nikt nie będzie mnie wspierać. Oczywiście za wyjątkiem obstawy i świadków, na których wybrałam Tymona i Samantę. Szłam w otoczeniu mojej eskorty i ludzi mi potrzebnych. Bałam się. Bałam się, że jeśli zawiodę doprowadzę do śmierci tych wszystkich ludzi. Będę za nią odpowiedzialna.
 Doszliśmy na polankę gdzie umówione było spotkanie. Członkowie Starszyzny z eskortą już tam na nas czekali.
-Co proponuje Rada w związku z zaistniałą sytuacją?- Starszyzna zabrała głos pierwsza
-Proponujemy ugodowe załatwienie sprawy oraz podpisanie traktatu mającego na celu zabezpieczyć nas przed następnymi takimi okolicznościami.
-Ciekawa propozycja aczkolwiek naszym zdaniem mielibyśmy większe szanse w otwartej wojnie tak więc oczekujemy przejęcia 10% ziem należących do Rady.
-Przykro mi ale byłoby to niemożliwe z powodu tego iż mamy stosunkowo mniej ziem niż ludzie dodatkowo inny rytm dobowy i wspólne egzystowanie nie miałoby zbytniego sensu. Chodzi nam wyłącznie o życie w pokoju z naszymi zasadami na naszym terytorium. Przyszłam tu negocjować w sprawie traktatu pokojowego a nie uprawniać państwo do posiadania naszych terenów.-powiedziałam gorzko

-W takim razie nie mamy o czym rozmawiać. I tak zdobędziemy te ziemie prędzej czy później. Skalaną tym co ma na niej nastąpić bądź nie.
 Wyciągnął pistolet i strzelił prosto w głowę Tymona. Wiedziałam że nie żyje na długo zanim padł na ziemię. Strzał był zbyt celny. Łzy zalśniły mi w oczach ale nie pozwoliłam im płynąć.
-Posłaniec także więcej nam nie będzie potrzebny.-po wypowiedzeniu tych słów jeden z obstawy przedstawiciela Starszyzny skręcił Mateuszowi kark
 Nie myśląc wiele wyskoczyłam ku przedstawicielowi przywódców ludzkich i rozerwałam mu tętnice. To spotkanie miało na celu odwrócenie naszej uwagi. Coś działo się w wiosce. Byłam tego pewna. Rozgorzała walka a ja nic nie mogłam zrobić. Skinęłam na Sam i pędem rzuciłyśmy się w wilczej postaci w kierunku wioski.
Im bliżej naszego domu byłyśmy tym lepiej czułyśmy co się święci. W powietrzu czuć było dym. Jedynym słowem jakie krążyło w tamtej chwili po moich myślach było jedno imię: Michael. Tylko on mi został. Nie mogłam pozwolić, żeby coś mu się stało. Chciał iść z nami ale nie pozwoliłam mu. Starszyzna nie działa nieprzewidzianie tak jak my. Oni wszystko mieli już dokładnie zaplanowane. Spotkanie było tylko po to aby spalić wioskę. Jako iż myśleliśmy, że sprawa rozstrzygnie się pokojowo większość wojska wzięłam ze sobą aby pokazać jacy to my jesteśmy potężni. W pobliżu wioski nie było rzeki. W każdym razie nie tak blisko aby szybko i sprawnie ugasić pożar.
 Dotarłyśmy na miejsce. Wyglądało to gorzej niż się spodziewałam. Wszystkie domy raziły  ognistym blaskiem. Główny budynek zdążył już spłonąć doszczętnie. Słychać było jeszcze gdzieniegdzie krzyki dzieci i ich matek próbujących osłonić swoje pociechy przed śmiercią jednakże już nic nie dało się dla nich zrobić. Pożar już dogasał gdy ujrzałyśmy, że coś tam się porusza. W ruinach tego co jeszcze niedawno nazywałyśmy domem ktoś był. Ktoś, kto przeżył.
-L-lena.- wychrypiał Michael
 To on. Przeżył. Jest tutaj i nic mu się nie stało. Teraz to jest najważniejsze. Czołgał się w naszą stronę. W moich oczach zaszkliły się łzy. Podbiegłyśmy do niego razem z Sam choć do tej pory każda z nas z osobna przezywała tragedię utraty domu, swojego miejsca na ziemi.
-T..ehhh.. tam..ehekhehe..j-jest..- nie mógł nic wyraźnie powiedzieć, zbyt długo dławił go dym ognia
 Z tego co jednak wywnioskowałam z jego słów dotarło do mnie, że tam jeszcze ktoś jest. Schowali się pod ziemią.
-Weź go. Ja sprawdzę czy ktoś jeszcze przeżył.
 Sam skinęła w odpowiedzi głową i odciągnęła brata. Podeszłam do uchylonej klapy i zobaczyłam cztery bardzo dobrze znane mi postacie.
-Nic wam nie jest.- wyjąkałam
 Po kolei pomogłam wyjść bliźniakom, Kat i Lis. Dotarło do mnie, że to przeze mnie ci wszyscy ludzie zginęli. Tymon też. I Nathaniel. Reszta Unhasselie. Czytałam kiedyś, że aby coś powstać na nowo musi najpierw spłonąć w popiele. Może tak było i tym razem. Przytuliłam Michaela. Był bohaterem dnia. Chłopcy wytłumaczyli mi, że byłby w lepszym stanie gdyby nie wrócił po nich i dziewczyny podziemnymi tunelami. Nie mógł sprowadzić tam reszty. Najpierw wszystko spadło na domy dopiero potem na świątynie.
-Gdzie ruszymy? Gdzie się osiedlimy?- te słowa padły z ust Michaela, który jako pierwszy się otrząsnął
-Pójdziemy przed siebie. W kierunku zachodzącego słońca. Będziemy żyć tak jak chcemy i tam gdzie chcemy. Jesteśmy wolni. Nie mamy żadnych zobowiązań.
-Helen ma racje.- zgodziła się Lis- Nie jesteśmy tu potrzebni. Nie mamy tutaj nikogo. Możemy odejść. Dzisiaj zginęli nasi przyjaciele. Wśród nich też Tymon, pamiętasz Kath co zawsze chciał zrobić za wszelką cenę? Wyrwać się stąd. Spełnijmy jego marzenie i nie żyjmy przeszłością bo to nic nie da. I tak zawsze będziemy przyjaciółmi. Razem zbyt wiele przeszliśmy by teraz żyć oddzielnie.
-To jak? Jesteśmy w tym wszystkim razem?- pytanie padło z ust Lis
-Razem.- powiedzieliśmy chórem
 Później szliśmy pomagając sobie nawzajem na zachód. Tam gdzie słońce chowało się na widnokręgu. Razem w nieznane szukając prawdziwego szczęścia i radości. Podążając razem by odnaleźć swoje miejsce na ziemi, tam gdzie dożyjemy końca swych dni i będziemy cieszyć się każdym dniem, który nam pozostał. Mając w pamięci swych przyjaciół ale nie żyć przeszłością aby nie zakłócać radości, którą w końcu odnajdziemy.
 KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz