Niespodzianka? Początkowo nie miałam tego tutaj wstawiać ale zbyt długo zwlekałam z rozdziałem i jestem ciekawa min osób czytających jak się skapną że to nie rozdział tylko coś w rodzaju miniaturki. Pisałam to na konkurs i zależy mi na opinii.
Miłego czytania i mam nadzieję, że się spodoba xD
Właśnie zapadał zmrok. Kiedy słońce świeciło
było pięknie ale zawsze ciekawiło mnie co jest tam w gwiazdach. Były takie
tajemnicze i piękne. Od dziecka żałowałam decyzji Starszyzny, która choć
zapadła ponad sto lat temu nadal obowiązywała. Nie wolno wychodzić po zmroku,
nikomu. Nasi rodzice wiedzieli dlaczego, my nie. Nikt nigdy nam tego nie
powiedział. Inni po prostu pogodzili sie z brakiem możliwości wychodzenia w
nocy. I tak nie widzieli w tym sensu skoro nic nie widzieli. Ja nie byłam
innymi. Marzyłam o zobaczeniu, chociaż jeden raz tego co kryje się w mroku.
Tych wszystkich niebezpieczeństw, o których szeptali dorośli zawzięcie pilnując
by nic nie doszło do uszu dzieci. Moi opiekunowie bali się mojej odmienności,
braku umiejętności podlegania prawu. Chociaż oni cały czas się mnie bali. Moich
piekielnie czarnych oczu i krwistoczerwonych włosów z czarnymi końcówkami,
mojej bladej cery, mojego porywistego charakteru. Często odnosiłam wrażenie, że
gdyby nie problemy finansowe oni nigdy
nie mieliby dzieci.
Moja
szansa aby wreszcie zobaczyć ten mroczny świat, który wszyscy zawzięcie
ukrywali przed dziećmi ukazała się kilka dni przed moimi szesnastymi
urodzinami. Wtedy to właśnie trafił się Bal Starszyzny organizowany co roku na
cześć Traktatu Cieni z XXV wieku. Nikt
oprócz Starszyzny tak naprawdę nie wie o co chodzi z nazwą Traktatu i na czym
on dokładnie polegał. Odkąd się mną zajęli James i Monica nie mieli czasu na
Bal. Tego dnia uznali, że jestem już dość posłuszna aby zostać w domu sama w tę
noc. Bynajmniej ja nie zamierzałam zostać w domu. Przez lata przygotowywałam
się na tą okazję. Gdy oni wychodzili do pracy ja zaszywałam się w starym
schronie zapomnianym przez ludzi i ukrytym dobrze przez czas- robiłam broń.
Oczywiście nie tylko broń ale także rzeczy typu manierki, plecaka, ubrań na
taką okoliczność. Uzbierało się tego całkiem sporo jak na dwa lata pracy.
Gdy
wyszli odczekałam około dziesięciu minut po czym poszłam do mojej kryjówki
rozglądając się co chwilę czy ktoś mnie nie śledzi. Po chwili poszukiwania
znalazłam plecak. W nim była lista
potrzebnych rzeczy. Może byłam nierozważna ale
nie głupia. Idąc w ciemną noc do Szemrzącego Lasu byłam świadoma, że
czeka mnie niebezpieczeństwo ale ja kochałam niebezpieczeństwa. Nie wahałam się
przed skoczeniem z klifu a teraz nie zawaham się przed wkroczeniem w ciemność.
Pewnie byłam uzależniona od adrenaliny. Od tego cudownego uczucia wolności, niezależności,
nienależności do nikogo. Szkoda, że to była tylko złuda- tak jak obrazy które
widzi się pod wpływem narkotyków. Jestem
inna niż moi opiekunowie, znajomi ze szkoły czy Starszyzna. Od zawsze chciałam
uciec, dusiłam się w tej klatce. Chodziłam spać kiedy było ciemno i muszę
przyznać, że wtedy dużo lepiej widziałam, słyszałam. Moje zmysły zaczynały w
pełni funkcjonować. W dzień tez nie były złe, takie jak u większości ludzi ale
mi wydawały się zbyt przytłumione, niepełne.
Zapadł zmrok. Wyszłam z mojej kryjówki na
podwórko. Księżyc unosił się nade mną a jego światło padało na jakieś miejsce
daleko w lesie. Do tego właśnie miejsca zapragnęłam się udać. Do lasu nie było
stąd daleko. Nie wiem dlaczego James i
Monica wybrali to miejsce do zamieszkania. Podobno w lesie było niebezpiecznie,
tam także był kategoryczny zakaz wchodzenia. Nie miałam pojęcia po co tyle
zachodu. Szłam powoli i rozglądałam się czy ktoś za mną nie idzie. Dotarłam o
lasu, który oświetlany migotaniem tysięcy gwiazd wydawał się pełny życia. I
taki był. Słyszałam pohukiwanie sowy, szelest liści poruszanych przez lekki
wietrzyk, nocne ptaki i gryzonie. W powietrzu unosił się zapach roślin, których
nie byłam w stanie rozpoznać. Szkoła w Archipelagu nie przygotowywała do
prawdziwego życia tylko do wstąpienia do Starszyzny ale tylko tych, którzy
posiadają odpowiednie cechy bądź rodziców lub do zarządzania gospodarstwem tych
pozostałych. Same bzdury. Na własną rękę wyszukiwałam ksiązki o historii aby ją
znać. Miałam przywilej korzystania z biblioteki jako dziecko moich
przyszywanych rodziców. Kandydatka do Starszyzny. Grupy perfidnych kłamców
ukrywających przed ludźmi prawdziwy świat.
Szłam
a drogę wskazywał mi księżyc. Czułam, że ta wyprawa odmieni moje życie na
zawsze. Będzie czymś przełomowym. A miejsce, które wskazywał mi księżyc miało
być tego początkiem. Początkiem mojej prawdziwej historii w prawdziwym życiu.
Nie w zakłamanym idealnym świecie jaki Starszyzna nam wpajała. Nie wiem skąd
ale to wiedziałam. Taka już byłam, od zawsze.
Las
stawał się coraz bardziej tajemniczy i piękny. Wysokie drzewa o grubych pniach
zawijały swoje konary tak jakby miały opowiedzieć mi historię ludzkości.
Krzewy, paprocie i kwiaty skrzyły się pięknym blaskiem oświetlającym mi dalszą
drogę. Byłam coraz bliżej miejsca wskazanego przez księżyc. Poznawałam to po
jego pozycji na niebie i coraz jaśniejszym srebrnym blask zalewającym las.
Teraz wiedziałam czemu był Szemrzącym Lasem. Ze wszystkich stron było słychać
szmery drzew. A brzmiało to tak jakby ze sobą rozmawiały.
W
końcu dotarłam na polanę, której sam środek wskazywało mi światło księżyca.
Polana była otoczona jakimiś srebrnymi kwiatami a także świerkami, które rosły
trochę dalej tworząc idealne koło. Nagle zauważyłam, że coś porusza się w
drzewach. Coś co zrujnowało całe piękno polany i lasu, ich harmonię. To coś z
nimi nie współgrało.
Zza
koron drzew wyłaniał się kontur postaci wilka. Nie, wilki nie są aż tak duże to
było coś innego. Łudząco podobnego do naszych wilków. Normalny człowiek
zacząłby na moim miejscu uciekać jak najdalej stąd. Ale ja czułam się tutaj
bezpiecznie. Nie bałam się tych… cokolwiek
to było. Byłam spokojna i opanowana jak zawsze.
Chciałam podejść do tego stworzenia ale okazało się, że jest ich więcej.
Otoczyły mnie. Byłam w środku ich kręgu. Naliczyłam ich dziewięć ale pewnie
było ich więcej. Moją uwagę przykuł szczególnie czarny, ten stojący obok
największego. Miał takie błyszczące oczy jakby prosił mnie, żebym uciekała.
Jakby bał się, że coś mi się stanie. Największy z nich był zapewne przywódcą.
Miał ciemnobrązowe futro i patrzył na mnie wyczekująco jakbym to ja miała
zdolność rozszarpania go na kawałki. Bo miałam ale nie skorzystałam z niej.
Jeśli coś bym mu zrobiła pozostałe natychmiast rozszarpałyby go na strzępy. Oprócz
tych dwóch były jeszcze cztery w różnych odcieniach szarości, dwa kasztanowe i
jeden rudy. Nie wiele wiedziałam o wilkach. Ale na pewno nie miały tak wielu
kolorów. I były mniejsze. Przyjrzałam się jeszcze raz dokładnie ich przywódcy.
Był prawie mojego wzrostu a byłam dość wysoka. Patrzyliśmy się na siebie po
czym usłyszałam glos. Głos wilka.
-Witaj Helen.- powitał mnie w imieniu ich
wszystkich
W tamtej chwili naprawdę myślałam, że
wariuję.
-Witaj Unhasselie.- nie wiem skąd
wiedziałam, że trzeba właśnie to powiedzieć
Ukłoniłam się mu.
-Ona nie jest groźna.- powiedział do reszty
W
tym momencie stało się coś niezwykłego. Wilki zaczęły przemieniać się w ludzi.
Wyglądało to niesamowicie. Przede mną
stały teraz trzy dziewczyny w wieku około dwudziestu lat i pięciu chłopaków nie
licząc ich przywódcy z czego czterech
wieku tamtych dziewczyn. Wódz był nieco starszy bo był około
czterdziestki a chłopak, który był wilkiem o czarnej sierści wcześniej stojącym
obok niego wyglądał jakby był w moim wieku.
-To jest Helen.- zaczął wódz.- Ja mam na
mię Devon i jestem jak już zauważyłaś Unhasselie watahy. Moje wilczki zaraz ci
się przedstawią a później może wytłumaczysz mi jakim sposobem się tu znalazłaś.
Ich
wódz miał ciemnobrązowe włosy i tego samego koloru włosy. Jak na czterdziestolatka
był bardzo przystojny i wysportowany. Jego twarz zdobiło wiele blizn ale to dodawało mu
charakteru i powagi. Było od niego czuć bijącą władzę i stanowczość. Każdy
wiedział, że jemu nie wolno się sprzeciwiać.
-Ja jestem Jordan a to Jared. Jesteśmy
bliźniakami.- powiedział radosnym aczkolwiek trochę zdystansowanym tonem
Chłopaki mieli kasztanowe krótko
przystrzyżone włosy i niebieskie oczy,
byli wysocy, faktycznie identyczni. Nie
mieli zbyt ostrych rys, raczej słabo zarysowane. Nawet uśmiechy mieli te same.
Łobuzerskie, radosne. Od razu wiedziałam, że mogłabym się z nimi dogadać.
-Nathaniel.
Nathaniel
miał rude półdługie włosy i zielone oczy. Miał ostre, dobrze widoczne rysy
twarzy. Był zaledwie trochę wyższy ode mnie i widocznie bardzo wysportowany tak
jak oni wszyscy zresztą. Gdy mówił był trochę spięty, widać było że nie łatwo
zyskuje się jego zaufanie. Pewnie ktoś w przeszłości nieźle go zranił.
-Ja jestem Elizabeth ale wszyscy mówią na
mnie Lis bo to moje imię jest strasznie długie i w ogóle Rada Unhasselie
musiała być w naprawdę złym humorze jak mi je nadawała.
Ta strasznie gadatliwa i roześmiana
dziewczyna była platynową blondynką o ciemnoniebieskich oczach i łagodnych
rysach. Była szczupła ale niezbyt wysoka i oczywiście uśmiechnięta szeroko.
Mówiła tak radosnym tonem, że ja też się uśmiechnęłam.
-A ja jestem siostrą tej gaduły i Tymona o
czym już ci nie wspomniała- Katherina ale mów mi Kath
bo te imiona są naprawdę długie.
Kath była z kolei ciemną blondynką o
błękitnych oczach ale o razu było widać, że nie tak roztrzepaną i towarzyska
jak jej siostra. Musiała być głosem rozsądku. Wzajemnie się dopełniały- to było
widać na pierwszy rzut oka. W wyglądzie była podobna ale jednocześnie inna niż
jej siostra. Była dość wysoka, wysportowana ale nie drobna tak jak Lis i miała
nieco łagodniejsze rysy.
-Czyżby nowa krew? Mam nadzieje, że
przeżyjesz jeszcze trochę bo przecież szkoda byłoby stracić kogoś o twojej
mocy. Michael.
W
tym momencie zaczęłam ulegać stereotypom o aroganckich blondynach. Michael był
bowiem blondynem i to nie byle jakim. Miał oczy koloru mlecznej czekolady i
ciemne blond włosy idealnie ułożone na jego napuszonym łbie. Był wysoki i
bardzo dobrze zbudowany. Ten to był jak
młody bóg. Pewnie nabrałabym się na jego miły ton gdyby nie sarkazm i wyraźne
znudzenie w jego głosie. Byłam pewna, że będziemy w przyszłości wrogami albo będziemy
rywalizować. Był jedną z tych osób, którą można znienawidzić od pierwszego
wejrzenia. Nie wiem skąd wzięłam pomysł, że z nimi zostanę. W końcu oni mieli
zdolność zmieniania się w coś wilkopodobnego a ja byłam zwykłym adoptowanym
dziwadłem. Zastanawiałam się czy ktoś z nich w ogóle był brzydki lub
przeciętnej urody.
- Nie przejmuj się tym durniem. Ja muszę
przebywać z nim codziennie więc po pewnym czasie się przyzwyczaisz. Jeśli z
nami zostaniesz ale skoro nas rozumiesz to pewnie tak. On ciągle gada jakieś
głupoty. I miej tu takiego brata. Nathan to ma fajnie bo jest jedynakiem. A tak
w ogóle jestem Samanta.
Dziewczyna miała długie włosy w kolorze
ciemny blond także nienagannie ułożone jak u jej brata, w sumie wyglądała
trochę jak jego trochę niższa damska wersja. Bynajmniej nie miała nawet
odrobinę podobnego charakteru, widać było, że jest osoba otwartą i szczerą. Nie
zdziwiłabym się gdybym usłyszała, że przyjaźni się z Kath.
W
końcu przyszedł czas na ostatniego chłopaka, tego który najbardziej mnie
intrygował.
-Skoro reszta cię zanudziła jakimiś przemowami
ja już nie muszę tego robić. Jestem Tymon, przyszły Unhasselie watahy i mam
nadzieję, że ty wkrótce także będziesz do niej należeć.
Tymon miał kruczoczarne włosy będące w
nieładzie i stalowoszare oczy, w których można było zobaczyć głębię. Był może w
moim wieku ale biły od niego nonszalancja i rozsądek. Wydawał się przez to
starszy niż w rzeczywistości był.
-Skoro już wszystkich poznałaś możemy iść do
wioski a tam wszystko mi opowiesz. Jak w końcu nas znalazłaś i jak uciekłaś. W
zamian ja odpowiem na wszystkie twoje pytania.- powiedział Devon z powagą
-Wygląda to na uczciwy układ- odparłam
Więc
całą gromadą zaczęliśmy iść w milczeniu w stronę przeciwną od tej z której
przyszłam. Prosto w ciemną paszczę Szemrzącego Lasu, który od pokoleń stanowił
główny przestrach dla wszystkich dzieci z miasta a przed którym ja nie
odczuwałam najmniejszego strachu. Wręcz odwrotnie- czułam się w nim
bezpiecznie, jakby miał mnie on ochronić przed każdym niebezpieczeństwem.
Szliśmy lasem zwartą grupą ale można było
zauważyć, że żadne z nas nie odczuwało strachu. Wszyscy sprawialiśmy wrażenie,
że las jest spokojny i nic nam w nim nie grozi. Czułam się trochę nieswojo.
Podczas gdy oni wszyscy wyglądają jak młodzi bogowie, ja byłam po prostu
dziwna. Nawet na tle ludzi, którzy zmieniali się w wilki wyraźnie się
wyróżniałam. Żadne z nich nie wyglądało tak dziwnie jak ja i wiedziałam, że nie
potrafią tego co ja. Potrafiłam wyczuwać jakie ktoś ma względem mnie intencje. Miałam dziwne sny, urywki
przyszłości lub przeszłości. To nie było tak, że byłam jasnowidzem czy coś w
tym stylu. Ja po prostu głębiej odczuwałam a przez to a raczej dzięki temu
mogłam wyczuwać czego inni ode mnie chcą. Tym sposobem odgrodziłam się od
ludzi, każdy z nich miał wobec mnie złe intencje. Oni mnie wśród siebie nie
chcieli. Z kolei od dziecka miałam złe sny, koszmary które z czasem okazywały
się prawdziwe. Często śniły mi się wilki ale wtedy myślałam, że to swego
rodzaju lęk czy coś takiego. Teraz wiedziałam, że to było coś w rodzaju wizji,
moja podświadomość podpowiadająca mi co mnie czeka w przyszłości. Wilki (bo tak
ich zaczęłam w myślach nazywać) były ubrane w jeansy i luźne t-shirty a ja w
moim czarnym kombinezonie na każdą okoliczność byłam jak przybysz z innej
planety.
Przechodziliśmy przez różnego rodzaju zarośla a ja starałam się
zapamiętać drogę przeczuwając, że jej znajomość później może mi się przydać. Im
głębiej wchodziliśmy i im bardziej zawiłymi ścieżkami szliśmy tym las stawał
się piękniejszy i bardziej jaśniał w świetle księżyca. W końcu zrezygnowałam z
próby zapamiętania drogi. Coraz bardziej zaczęła mi przeszkadzać cisza, w
której szliśmy ale nie chciałam odezwać się pierwsza. Droga dłużyła się
niemiłosiernie choć las nadal był tak samo piękny i można było podziwiać jego
urok. Jakby za sprawą czytania w myślach odezwał się Devon:
-Niedługo dojdziemy. Mike pewnie już
ugotował coś smacznego więc będziecie mogli się posilić.
Te
słowa kierował do wszystkich ale czy to znaczyło, że oni też idą do wioski po
raz pierwszy, a może nigdy dotąd nie szli tą drogą. W sumie jestem obca, więc
mogli chcieć mnie skołować żebym w razie czego nie wygadała ich miejsca
położenia. To byłoby całkiem racjonalne posunięcie. Nie znali mnie a
nieznajomym się nie ufa. Jednak ja im ufałam, czułam się z nimi na tyle
bezpiecznie, że dałam się na oślep prowadzić w głąb lasu nie znając drogi
powrotnej. Cieszyłam się też, że coś zjem bo właśnie teraz uświadomiłam sobie
jak jestem głodna. Nie mam pojęcia czemu zawsze tak jest. We wszystkich
książkach które czytałam i starych filmach jeszcze w 3D, które oglądałam
bohaterowie nigdy nie byli głodni dopóki ktoś o jedzeniu nie wspomniał. Moim zdaniem była to reakcja mózgu na
wspomnienie czegoś o czym nie myślimy a potrzebujemy, przypomnienie dla nas o
byciu człowiekiem i zapotrzebowaniu na posiłek. Nie wiem czy moje myślenie było
wtedy racjonalne ale innej hipotezy na ten temat nie miałam. Jak można się
domyślić o takich rzeczach także nie uczono mnie w szkole. Oczywiście brak
jakiegokolwiek poziomu zastępował rygor. Nosiliśmy paskudne, nie pasujące do
moich włosów mundurki (koloru zgniłozielonego wymieszanego z brązem), nie wolno
było nosić jakichkolwiek kolczyków, mieć tatuaży (o czym zawsze marzyłam)ani
farbować włosów (ta reguła nie odnosiła się do mnie). Mi nauczyciele kazali
farbować włosy chociaż tego nienawidziłam bo były one częścią mnie. Na
szczęście na nic zdawała się w tym wypadku czarna farba bo po prostu nie
działała. Tak więc moje włosy wielokrotnie były poddawane farbowaniu henną ale
naturalne rude pasma i tak się przez nie przebijały. W końcu zrezygnowano z
pomysłu ukrycia ich i swobodnie opadały mi falami na ramiona.
W
czasie gdy ja rozmyślałam nad niewiadomo czym doszliśmy na pagórek, z którego
prowadziła droga prosto do wioski. Wszystko było doskonale widać. Tak naprawdę
wyglądała ona jak małe miasteczko, w którym wszyscy się znają i wiedzą wszystko
o wszystkich. Domki były drewniane, pomalowane na różne kolory zapewne
naturalną farbą. Tworzyły swego rodzaju krąg, który otaczał coś co nazwałam w
myślach głównym placem. Znajdowała się tam akademia szkoleniowa (jak wynikało z
napisu na budynku) oraz coś co nazwałabym ratuszem gdyby nie wygląd tego
budynku. Był duży i drewniany, jego dach układał się w kopułę która była
podtrzymywana kolumnami. Niby nic takiego gdyby nie jego kolor a raczej to co
było na nim namalowane. Otóż na kopule widniał rysunek księżyca wokół którego z
zaskakującą dokładnością rozmieszczono gwiazdy. Na każdej kolumnie był
wizerunek przedstawiający jakąś postać której nie widziałam zbyt dokładnie.
Wiedziałam na pewno, że ten budynek był centralną budowlą „wioski”. Obok niego
stała wieża zegarowa a na dole mieściły się jakieś sklepiki w postaci
drewnianych budek a na uboczu coś co było chyba muzeum. Na pierwszy rzut oka to
miejsce zapierało dech w swej prostocie i zorganizowaniu. Nawet teraz tętniło
ono życiem.
Ludzie
chodzili po ulicach. Ale tylko dorośli, nie było żadnych dzieci. Pewnie śpią
tak jak w miastach, którymi zarządza Starszyzna. Wszędzie się je dyskryminuje,
tyle że tu prawdopodobnie na tym polega wychowanie a tam to tylko głupi rozkaz
Starszyzny, który wszyscy głupi wykonują. Właśnie przez to są tak mało otwarci
na świat- nie mają własnego zdania, są jak roboty niezdolne do własnego
postrzegania świata, maszyny wykonujące ustaloną pracę.
Schodziliśmy ścieżką w dół nadal milcząc. Szliśmy
tam, do wioski. Czy wszyscy z nich zmieniają się w wilki? Jak mnie przyjmą? Czy
mogłabym być jedną z nich? Czy umiałabym żyć tak jak oni? W zgodzie z naturą?
Czy bym się tu odnalazła? W mojej głowie kotłowało się wiele pytań, na które
odpowiedzi jeśli dobrze zrozumiałam słowa Unhasselie dostanę odpowiedź już
niedługo. Skierowaliśmy się do budynku przypominającego ratusz.
-To jest Karvon. Główna siedziba rady.
Tutaj też znajduje się nasza świątynia ku czci żywiołów, natury i Demeter. I
jadalnia wraz z kuchnią. Tutaj szkolimy także do walki nowych.
Devon mnie oświecił. Więc to było coś na
kształt budynku głównego. Szkolenie nowych powiada. Ciekawe. Czyli takim jak
oni się nie rodzi? A może chodziło mu o szkolenie dzieci. Czczą Demeter, zbyt
oryginalni to oni nie są. Demeter to bogini natury, harmonii w niektórych
podaniach też żywiołów.
W
środku było pięknie. Karvon był ze wszystkich stron ozdobiony podobiznami
bogini i symbolami żywiołów, wszystko było utrzymane w całkowitej harmonii co
było dość dziwne jak na tak przesadzoną budowlę. Doszliśmy do jadalni. Było to
ogromne pomieszczenie, na którego środku stał długi stół. Stało przy nim
dwanaście krzeseł a na nim wszelkiej rozmaitości potrawy. Cała dziewiątka
usiadła przy stole więc i ja to zrobiłam. Ciekawiło mnie kto zasiądzie na
pozostałych dwóch miejscach. Nie zastanawiałam się jednak nad tym długo bo
wszyscy zaczęli jeść a ja nie chciałam być gorsza. Na stole nie widziałam mięsa
co bardzo mnie zadowoliło bo nie chciałam go jeść odkąd pamiętam. Nie że nie
lubiłam jak się krzywdziło zwierzęta czy coś po prostu mi nie smakowało. Tak więc ochoczo zabrałam się
do jedzenia dań z warzyw i owoców.
Po
skończonym posiłku przemówił Devon:
-Kadeci, możecie już iść. Nie, Tymon ty
zostań. Możesz się przydać. Reszta zamknijcie za sobą drzwi.- mówił władczym
tonem, nieznoszącym sprzeciwu
Kadeci
zrobili dokładnie to co im kazał tym samym zadziwiając mnie swoim
posłuszeństwem.
-Kim jesteś, Helen? I jak znalazłaś polanę?
Jak wyszłaś z miasta?
-Nie wiem kim jestem, nie znam mojego
pochodzenia. Jestem adoptowana. Idąc na polanę czułam jak kieruje mną księżyc,
który wskazywał dokładnie na nią a z miasta po prostu wyszłam. Przygotowywałam
się do tego bardzo długo i czekałam na okazję żeby się wymknąć. Od dziecka
ciągnęło mnie w noc, tam gdzie nie mogłam chodzić. Byłam inna, nie chciałam
podlegać Starszyźnie. – w tym momencie uznałam, że powiedziałam już
wystarczająco dużo ponad to o co pytał
-Jesteś adoptowana, powiadasz. To by wiele
tłumaczyło. Farbujesz włosy?- to był cios poniżej pasa, wszyscy od dziecka się
mnie o to pytali
-Są naturalne. Nie wolno ich farbować,
zresztą farby i tak nie działają.- ostatnie wypowiedziałam z zawistnym
uśmiechem
-Ciekawe. Masz może jakieś znamiona? Może
na ramieniu?- co to w ogóle za pytanie, ale postanowiłam jednak grzecznie
odpowiedzieć
-Mam znamię na ramieniu. W kształcie
półksiężyca.- kolejne moje „dziwactwo”
Devon ożywił się natychmiastowo. Jego oczy
zabłysnęły a usta wygięły się w uśmiechu. Tymon patrzył na mnie nic nie
rozumiejącym wzrokiem. Był zdziwiony, ale nie smutny czy speszony albo zły. To
było radosne zdziwienie, zaskoczenie porównywalne do przyjęcia-niespodzianki na
urodziny.
-Wiem już wszystko co jest mi potrzebne.
Teraz twoja kolej. Możesz zadawać pytania. Jakie tylko chcesz.
-Kim jesteście albo czym?
-Jesteśmy ludźmi obdarzonymi darem
zmieniania się w wilki. Od wieków pozostajemy w zgodzie z naturą i nocą.
Legenda głosi, że to Demeter obdarzyła nas tą mocą abyśmy w przyszłości
pomagali w zachowaniu harmonii żywiołom na świecie. W zamian obiecaliśmy czcić ja po koniec
końców. –to by miało sens
-A więc rodzicie się tacy. W związku z tym
nasuwa mi się kolejne pytanie: kim ja jestem czemu was rozumiem i co tu robię?-
mój głos brzmiał pewnie, mówiłam bez zająknięcia
-Przypuszczam, że jesteś jedną z nas. To by
tłumaczyło dlaczego nas rozumiesz, nie możesz farbować włosów i wyszłaś poza barierę.
Podejrzewam tez czyim możesz być dzieckiem ale nie chce wprowadzać cię w błąd.
Wiem, że nie kłamałaś bo umiem wyczuwać jakie intencje mają wobec mnie ludzie.
Jak każdy przywódca. Mamy jeszcze inne, dodatkowe dary pomagające nam kierować
dobrze stadem. Więcej będę mógł ci powiedzieć po zebraniu Rady. Resztę pytań,
które zapewne dotyczą naszej kultury możesz zadać Tymonowi. On z chęcią udzieli
ci odpowiedzi.- z tego co mówił dotarło do mnie, że ja też mam takie dary, dary
przywódcy
Tymon pokiwał głową i poprowadził mnie do
wyjścia.
- Chodźmy. Zaraz zbierze się rada, nic tu
po nas. Pierwszą lekcję bycia wilkiem uważam za rozpoczętą.- zaśmiał się Tymon
a ja chcąc nie chcąc zarejestrowałam, że ma przyjemny śmiech
-To może mógłbyś mnie oprowadzić po mieście
i po drodze opowiedzieć o waszych zwyczajach i tego jak powinnam się tutaj
zachowywać.- zaproponowałam a on z uśmiechem skinął głową
-Nie masz przypadkiem jakiegoś pytania,
którego trochę boisz się zadać?
-W sumie chciałam zapytać czy przywódcy są
spokrewnieni ze sobą i czy zdarzyło sie kiedyś, że ktoś oprócz Unhasselie objawiał
zdolności dla nich charakterystyczne.- zdziwiło go moje pytanie
-Jest czterech Unhasselie z czego jeden
główny. Ich potomkowie stają się w przyszłości Unhasselie. Nigdy przywódcą nie
został nikt z innej rodziny. Co do zdolności nadzwyczajnych oprócz Unhasselie
objawiają je tylko wyrocznie ale nie w aż tak dużej mierze. Wiem, że to ty miałaś pytać ale czy ty
jesteś…
-Uzdolniona? Wydaje mi się, że tak. I tu
jest problem. Wyczuwam intencje wobec mnie innych a moje sny…
-Są ja deja vu i często masz wrażenie, że
to co się w nich działo jest prawdziwe?
-Skąd ty?
-Bo uczyłem się o przypadkach wyjątkowych
głównych Unhasselie-wyroczni. Tylko, że do tej pory były one uważane za
legendy. A nasz główny Unhasselie nie ma dzieci. –spojrzał na mnie tak
przenikliwie, jakby chciał zobaczyć moją duszę
-No to mamy dowód, że jestem paranormalna.-
próbowałam się roześmiać ale nic z tego nie wyszło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz