piątek, 13 czerwca 2014

W pułapce 1/3

Niespodzianka? Początkowo nie miałam tego tutaj wstawiać ale zbyt długo zwlekałam z rozdziałem i jestem ciekawa min osób czytających jak się skapną że to nie rozdział tylko coś w rodzaju miniaturki. Pisałam to na konkurs i zależy mi na opinii.
Miłego czytania i mam nadzieję, że się spodoba xD 




 Właśnie zapadał zmrok. Kiedy słońce świeciło było pięknie ale zawsze ciekawiło mnie co jest tam w gwiazdach. Były takie tajemnicze i piękne. Od dziecka żałowałam decyzji Starszyzny, która choć zapadła ponad sto lat temu nadal obowiązywała. Nie wolno wychodzić po zmroku, nikomu. Nasi rodzice wiedzieli dlaczego, my nie. Nikt nigdy nam tego nie powiedział. Inni po prostu pogodzili sie z brakiem możliwości wychodzenia w nocy. I tak nie widzieli w tym sensu skoro nic nie widzieli. Ja nie byłam innymi. Marzyłam o zobaczeniu, chociaż jeden raz tego co kryje się w mroku. Tych wszystkich niebezpieczeństw, o których szeptali dorośli zawzięcie pilnując by nic nie doszło do uszu dzieci. Moi opiekunowie bali się mojej odmienności, braku umiejętności podlegania prawu. Chociaż oni cały czas się mnie bali. Moich piekielnie czarnych oczu i krwistoczerwonych włosów z czarnymi końcówkami, mojej bladej cery, mojego porywistego charakteru. Często odnosiłam wrażenie, że gdyby nie problemy finansowe oni  nigdy nie mieliby dzieci.
 Moja szansa aby wreszcie zobaczyć ten mroczny świat, który wszyscy zawzięcie ukrywali przed dziećmi ukazała się kilka dni przed moimi szesnastymi urodzinami. Wtedy to właśnie trafił się Bal Starszyzny organizowany co roku na cześć Traktatu Cieni z XXV wieku.  Nikt oprócz Starszyzny tak naprawdę nie wie o co chodzi z nazwą Traktatu i na czym on dokładnie polegał. Odkąd się mną zajęli James i Monica nie mieli czasu na Bal. Tego dnia uznali, że jestem już dość posłuszna aby zostać w domu sama w tę noc. Bynajmniej ja nie zamierzałam zostać w domu. Przez lata przygotowywałam się na tą okazję. Gdy oni wychodzili do pracy ja zaszywałam się w starym schronie zapomnianym przez ludzi i ukrytym dobrze przez czas- robiłam broń. Oczywiście nie tylko broń ale także rzeczy typu manierki, plecaka, ubrań na taką okoliczność. Uzbierało się tego całkiem sporo jak na dwa lata pracy.
 Gdy wyszli odczekałam około dziesięciu minut po czym poszłam do mojej kryjówki rozglądając się co chwilę czy ktoś mnie nie śledzi. Po chwili poszukiwania znalazłam plecak. W nim  była lista potrzebnych rzeczy. Może byłam nierozważna ale  nie głupia. Idąc w ciemną noc do Szemrzącego Lasu byłam świadoma, że czeka mnie niebezpieczeństwo ale ja kochałam niebezpieczeństwa. Nie wahałam się przed skoczeniem z klifu a teraz nie zawaham się przed wkroczeniem w ciemność. Pewnie byłam uzależniona od adrenaliny. Od tego cudownego uczucia wolności, niezależności, nienależności do nikogo. Szkoda, że to była tylko złuda- tak jak obrazy które widzi się pod wpływem  narkotyków. Jestem inna niż moi opiekunowie, znajomi ze szkoły czy Starszyzna. Od zawsze chciałam uciec, dusiłam się w tej klatce. Chodziłam spać kiedy było ciemno i muszę przyznać, że wtedy dużo lepiej widziałam, słyszałam. Moje zmysły zaczynały w pełni funkcjonować. W dzień tez nie były złe, takie jak u większości ludzi ale mi wydawały się zbyt przytłumione, niepełne.
 Zapadł zmrok. Wyszłam z mojej kryjówki na podwórko. Księżyc unosił się nade mną a jego światło padało na jakieś miejsce daleko w lesie. Do tego właśnie miejsca zapragnęłam się udać. Do lasu nie było stąd  daleko. Nie wiem dlaczego James i Monica wybrali to miejsce do zamieszkania. Podobno w lesie było niebezpiecznie, tam także był kategoryczny zakaz wchodzenia. Nie miałam pojęcia po co tyle zachodu. Szłam powoli i rozglądałam się czy ktoś za mną nie idzie. Dotarłam o lasu, który oświetlany migotaniem tysięcy gwiazd wydawał się pełny życia. I taki był. Słyszałam pohukiwanie sowy, szelest liści poruszanych przez lekki wietrzyk, nocne ptaki i gryzonie. W powietrzu unosił się zapach roślin, których nie byłam w stanie rozpoznać. Szkoła w Archipelagu nie przygotowywała do prawdziwego życia tylko do wstąpienia do Starszyzny ale tylko tych, którzy posiadają odpowiednie cechy bądź rodziców lub do zarządzania gospodarstwem tych pozostałych. Same bzdury. Na własną rękę wyszukiwałam ksiązki o historii aby ją znać. Miałam przywilej korzystania z biblioteki jako dziecko moich przyszywanych rodziców. Kandydatka do Starszyzny. Grupy perfidnych kłamców ukrywających przed ludźmi prawdziwy świat.
 Szłam a drogę wskazywał mi księżyc. Czułam, że ta wyprawa odmieni moje życie na zawsze. Będzie czymś przełomowym. A miejsce, które wskazywał mi księżyc miało być tego początkiem. Początkiem mojej prawdziwej historii w prawdziwym życiu. Nie w zakłamanym idealnym świecie jaki Starszyzna nam wpajała. Nie wiem skąd ale to wiedziałam. Taka już byłam, od zawsze.
 Las stawał się coraz bardziej tajemniczy i piękny. Wysokie drzewa o grubych pniach zawijały swoje konary tak jakby miały opowiedzieć mi historię ludzkości. Krzewy, paprocie i kwiaty skrzyły się pięknym blaskiem oświetlającym mi dalszą drogę. Byłam coraz bliżej miejsca wskazanego przez księżyc. Poznawałam to po jego pozycji na niebie i coraz jaśniejszym srebrnym blask zalewającym las. Teraz wiedziałam czemu był Szemrzącym Lasem. Ze wszystkich stron było słychać szmery drzew. A brzmiało to tak jakby ze sobą rozmawiały.
 W końcu dotarłam na polanę, której sam środek wskazywało mi światło księżyca. Polana była otoczona jakimiś srebrnymi kwiatami a także świerkami, które rosły trochę dalej tworząc idealne koło. Nagle zauważyłam, że coś porusza się w drzewach. Coś co zrujnowało całe piękno polany i lasu, ich harmonię. To coś z nimi nie współgrało.
 Zza koron drzew wyłaniał się kontur postaci wilka. Nie, wilki nie są aż tak duże to było coś innego. Łudząco podobnego do naszych wilków. Normalny człowiek zacząłby na moim miejscu uciekać jak najdalej stąd. Ale ja czułam się tutaj bezpiecznie. Nie bałam się tych…  cokolwiek to było. Byłam spokojna i opanowana jak zawsze.  Chciałam podejść do tego stworzenia ale okazało się, że jest ich więcej. Otoczyły mnie. Byłam w środku ich kręgu. Naliczyłam ich dziewięć ale pewnie było ich więcej. Moją uwagę przykuł szczególnie czarny, ten stojący obok największego. Miał takie błyszczące oczy jakby prosił mnie, żebym uciekała. Jakby bał się, że coś mi się stanie. Największy z nich był zapewne przywódcą. Miał ciemnobrązowe futro i patrzył na mnie wyczekująco jakbym to ja miała zdolność rozszarpania go na kawałki. Bo miałam ale nie skorzystałam z niej. Jeśli coś bym mu zrobiła pozostałe natychmiast rozszarpałyby go na strzępy. Oprócz tych dwóch były jeszcze cztery w różnych odcieniach szarości, dwa kasztanowe i jeden rudy. Nie wiele wiedziałam o wilkach. Ale na pewno nie miały tak wielu kolorów. I były mniejsze. Przyjrzałam się jeszcze raz dokładnie ich przywódcy. Był prawie mojego wzrostu a byłam dość wysoka. Patrzyliśmy się na siebie po czym usłyszałam glos. Głos wilka.
-Witaj Helen.- powitał mnie w imieniu ich wszystkich
W tamtej chwili naprawdę myślałam, że wariuję.
-Witaj Unhasselie.- nie wiem skąd wiedziałam, że trzeba właśnie to powiedzieć
Ukłoniłam się mu.
-Ona nie jest groźna.- powiedział do reszty
 W tym momencie stało się coś niezwykłego. Wilki zaczęły przemieniać się w ludzi. Wyglądało to niesamowicie.  Przede mną stały teraz trzy dziewczyny w wieku około dwudziestu lat i pięciu chłopaków nie licząc ich przywódcy z czego czterech  wieku tamtych dziewczyn. Wódz był nieco starszy bo był około czterdziestki a chłopak, który był wilkiem o czarnej sierści wcześniej stojącym obok niego wyglądał jakby był w moim wieku.
-To jest Helen.- zaczął wódz.- Ja mam na mię Devon i jestem jak już zauważyłaś Unhasselie watahy. Moje wilczki zaraz ci się przedstawią a później może wytłumaczysz mi jakim sposobem się tu znalazłaś.
 Ich wódz miał ciemnobrązowe włosy i tego samego koloru włosy. Jak na czterdziestolatka był bardzo przystojny i wysportowany. Jego twarz  zdobiło wiele blizn ale to dodawało mu charakteru i powagi. Było od niego czuć bijącą władzę i stanowczość. Każdy wiedział, że jemu nie wolno się sprzeciwiać.
-Ja jestem Jordan a to Jared. Jesteśmy bliźniakami.- powiedział radosnym aczkolwiek trochę zdystansowanym tonem
Chłopaki mieli kasztanowe krótko przystrzyżone  włosy i niebieskie oczy, byli wysocy,  faktycznie identyczni. Nie mieli zbyt ostrych rys, raczej słabo zarysowane. Nawet uśmiechy mieli te same. Łobuzerskie, radosne. Od razu wiedziałam, że mogłabym się z nimi dogadać.
-Nathaniel.
 Nathaniel miał rude półdługie włosy i zielone oczy. Miał ostre, dobrze widoczne rysy twarzy. Był zaledwie trochę wyższy ode mnie i widocznie bardzo wysportowany tak jak oni wszyscy zresztą. Gdy mówił był trochę spięty, widać było że nie łatwo zyskuje się jego zaufanie. Pewnie ktoś w przeszłości nieźle go zranił.
-Ja jestem Elizabeth ale wszyscy mówią na mnie Lis bo to moje imię jest strasznie długie i w ogóle Rada Unhasselie musiała być w naprawdę złym humorze jak mi je nadawała.
Ta strasznie gadatliwa i roześmiana dziewczyna była platynową blondynką o ciemnoniebieskich oczach i łagodnych rysach. Była szczupła ale niezbyt wysoka i oczywiście uśmiechnięta szeroko. Mówiła tak radosnym tonem, że ja też się uśmiechnęłam.
-A ja jestem siostrą tej gaduły i Tymona o czym już ci nie wspomniała- Katherina ale mów mi Kath bo te imiona są naprawdę długie.
Kath była z kolei ciemną blondynką o błękitnych oczach ale o razu było widać, że nie tak roztrzepaną i towarzyska jak jej siostra. Musiała być głosem rozsądku. Wzajemnie się dopełniały- to było widać na pierwszy rzut oka. W wyglądzie była podobna ale jednocześnie inna niż jej siostra. Była dość wysoka, wysportowana ale nie drobna tak jak Lis i miała nieco łagodniejsze rysy.
-Czyżby nowa krew? Mam nadzieje, że przeżyjesz jeszcze trochę bo przecież szkoda byłoby stracić kogoś o twojej mocy. Michael.
 W tym momencie zaczęłam ulegać stereotypom o aroganckich blondynach. Michael był bowiem blondynem i to nie byle jakim. Miał oczy koloru mlecznej czekolady i ciemne blond włosy idealnie ułożone na jego napuszonym łbie. Był wysoki i bardzo dobrze zbudowany.  Ten to był jak młody bóg. Pewnie nabrałabym się na jego miły ton gdyby nie sarkazm i wyraźne znudzenie w jego głosie. Byłam pewna, że będziemy w przyszłości wrogami albo będziemy rywalizować. Był jedną z tych osób, którą można znienawidzić od pierwszego wejrzenia. Nie wiem skąd wzięłam pomysł, że z nimi zostanę. W końcu oni mieli zdolność zmieniania się w coś wilkopodobnego a ja byłam zwykłym adoptowanym dziwadłem. Zastanawiałam się czy ktoś z nich w ogóle był brzydki lub przeciętnej urody.
- Nie przejmuj się tym durniem. Ja muszę przebywać z nim codziennie więc po pewnym czasie się przyzwyczaisz. Jeśli z nami zostaniesz ale skoro nas rozumiesz to pewnie tak. On ciągle gada jakieś głupoty. I miej tu takiego brata. Nathan to ma fajnie bo jest jedynakiem. A tak w ogóle jestem Samanta.
Dziewczyna miała długie włosy w kolorze ciemny blond także nienagannie ułożone jak u jej brata, w sumie wyglądała trochę jak jego trochę niższa damska wersja. Bynajmniej nie miała nawet odrobinę podobnego charakteru, widać było, że jest osoba otwartą i szczerą. Nie zdziwiłabym się gdybym usłyszała, że przyjaźni się z Kath.
 W końcu przyszedł czas na ostatniego chłopaka, tego który najbardziej mnie intrygował.
-Skoro reszta cię zanudziła jakimiś przemowami ja już nie muszę tego robić. Jestem Tymon, przyszły Unhasselie watahy i mam nadzieję, że ty wkrótce także będziesz do niej należeć.
 Tymon miał kruczoczarne włosy będące w nieładzie i stalowoszare oczy, w których można było zobaczyć głębię. Był może w moim wieku ale biły od niego nonszalancja i rozsądek. Wydawał się przez to starszy niż w rzeczywistości był.
 -Skoro już wszystkich poznałaś możemy iść do wioski a tam wszystko mi opowiesz. Jak w końcu nas znalazłaś i jak uciekłaś. W zamian ja odpowiem na wszystkie twoje pytania.- powiedział Devon z powagą
-Wygląda to na uczciwy układ- odparłam
 Więc całą gromadą zaczęliśmy iść w milczeniu w stronę przeciwną od tej z której przyszłam. Prosto w ciemną paszczę Szemrzącego Lasu, który od pokoleń stanowił główny przestrach dla wszystkich dzieci z miasta a przed którym ja nie odczuwałam najmniejszego strachu. Wręcz odwrotnie- czułam się w nim bezpiecznie, jakby miał mnie on ochronić przed każdym niebezpieczeństwem.

 Szliśmy lasem zwartą grupą ale można było zauważyć, że żadne z nas nie odczuwało strachu. Wszyscy sprawialiśmy wrażenie, że las jest spokojny i nic nam w nim nie grozi. Czułam się trochę nieswojo. Podczas gdy oni wszyscy wyglądają jak młodzi bogowie, ja byłam po prostu dziwna. Nawet na tle ludzi, którzy zmieniali się w wilki wyraźnie się wyróżniałam. Żadne z nich nie wyglądało tak dziwnie jak ja i wiedziałam, że nie potrafią tego co ja. Potrafiłam wyczuwać jakie ktoś ma względem  mnie intencje. Miałam dziwne sny, urywki przyszłości lub przeszłości. To nie było tak, że byłam jasnowidzem czy coś w tym stylu. Ja po prostu głębiej odczuwałam a przez to a raczej dzięki temu mogłam wyczuwać czego inni ode mnie chcą. Tym sposobem odgrodziłam się od ludzi, każdy z nich miał wobec mnie złe intencje. Oni mnie wśród siebie nie chcieli. Z kolei od dziecka miałam złe sny, koszmary które z czasem okazywały się prawdziwe. Często śniły mi się wilki ale wtedy myślałam, że to swego rodzaju lęk czy coś takiego. Teraz wiedziałam, że to było coś w rodzaju wizji, moja podświadomość podpowiadająca mi co mnie czeka w przyszłości. Wilki (bo tak ich zaczęłam w myślach nazywać) były ubrane w jeansy i luźne t-shirty a ja w moim czarnym kombinezonie na każdą okoliczność byłam jak przybysz z innej planety.
  Przechodziliśmy przez różnego rodzaju zarośla a ja starałam się zapamiętać drogę przeczuwając, że jej znajomość później może mi się przydać. Im głębiej wchodziliśmy i im bardziej zawiłymi ścieżkami szliśmy tym las stawał się piękniejszy i bardziej jaśniał w świetle księżyca. W końcu zrezygnowałam z próby zapamiętania drogi. Coraz bardziej zaczęła mi przeszkadzać cisza, w której szliśmy ale nie chciałam odezwać się pierwsza. Droga dłużyła się niemiłosiernie choć las nadal był tak samo piękny i można było podziwiać jego urok. Jakby za sprawą czytania w myślach odezwał się Devon:
-Niedługo dojdziemy. Mike pewnie już ugotował coś smacznego więc będziecie mogli się posilić.
 Te słowa kierował do wszystkich ale czy to znaczyło, że oni też idą do wioski po raz pierwszy, a może nigdy dotąd nie szli tą drogą. W sumie jestem obca, więc mogli chcieć mnie skołować żebym w razie czego nie wygadała ich miejsca położenia. To byłoby całkiem racjonalne posunięcie. Nie znali mnie a nieznajomym się nie ufa. Jednak ja im ufałam, czułam się z nimi na tyle bezpiecznie, że dałam się na oślep prowadzić w głąb lasu nie znając drogi powrotnej. Cieszyłam się też, że coś zjem bo właśnie teraz uświadomiłam sobie jak jestem głodna. Nie mam pojęcia czemu zawsze tak jest. We wszystkich książkach które czytałam i starych filmach jeszcze w 3D, które oglądałam bohaterowie nigdy nie byli głodni dopóki ktoś o jedzeniu nie wspomniał.  Moim zdaniem była to reakcja mózgu na wspomnienie czegoś o czym nie myślimy a potrzebujemy, przypomnienie dla nas o byciu człowiekiem i zapotrzebowaniu na posiłek. Nie wiem czy moje myślenie było wtedy racjonalne ale innej hipotezy na ten temat nie miałam. Jak można się domyślić o takich rzeczach także nie uczono mnie w szkole. Oczywiście brak jakiegokolwiek poziomu zastępował rygor. Nosiliśmy paskudne, nie pasujące do moich włosów mundurki (koloru zgniłozielonego wymieszanego z brązem), nie wolno było nosić jakichkolwiek kolczyków, mieć tatuaży (o czym zawsze marzyłam)ani farbować włosów (ta reguła nie odnosiła się do mnie). Mi nauczyciele kazali farbować włosy chociaż tego nienawidziłam bo były one częścią mnie. Na szczęście na nic zdawała się w tym wypadku czarna farba bo po prostu nie działała. Tak więc moje włosy wielokrotnie były poddawane farbowaniu henną ale naturalne rude pasma i tak się przez nie przebijały. W końcu zrezygnowano z pomysłu ukrycia ich i swobodnie opadały mi falami na ramiona.
 W czasie gdy ja rozmyślałam nad niewiadomo czym doszliśmy na pagórek, z którego prowadziła droga prosto do wioski. Wszystko było doskonale widać. Tak naprawdę wyglądała ona jak małe miasteczko, w którym wszyscy się znają i wiedzą wszystko o wszystkich. Domki były drewniane, pomalowane na różne kolory zapewne naturalną farbą. Tworzyły swego rodzaju krąg, który otaczał coś co nazwałam w myślach głównym placem. Znajdowała się tam akademia szkoleniowa (jak wynikało z napisu na budynku) oraz coś co nazwałabym ratuszem gdyby nie wygląd tego budynku. Był duży i drewniany, jego dach układał się w kopułę która była podtrzymywana kolumnami. Niby nic takiego gdyby nie jego kolor a raczej to co było na nim namalowane. Otóż na kopule widniał rysunek księżyca wokół którego z zaskakującą dokładnością rozmieszczono gwiazdy. Na każdej kolumnie był wizerunek przedstawiający jakąś postać której nie widziałam zbyt dokładnie. Wiedziałam na pewno, że ten budynek był centralną budowlą „wioski”. Obok niego stała wieża zegarowa a na dole mieściły się jakieś sklepiki w postaci drewnianych budek a na uboczu coś co było chyba muzeum. Na pierwszy rzut oka to miejsce zapierało dech w swej prostocie i zorganizowaniu. Nawet teraz tętniło ono życiem.
 Ludzie chodzili po ulicach. Ale tylko dorośli, nie było żadnych dzieci. Pewnie śpią tak jak w miastach, którymi zarządza Starszyzna. Wszędzie się je dyskryminuje, tyle że tu prawdopodobnie na tym polega wychowanie a tam to tylko głupi rozkaz Starszyzny, który wszyscy głupi wykonują. Właśnie przez to są tak mało otwarci na świat- nie mają własnego zdania, są jak roboty niezdolne do własnego postrzegania świata, maszyny wykonujące ustaloną pracę. 
 Schodziliśmy ścieżką w dół nadal milcząc. Szliśmy tam, do wioski. Czy wszyscy z nich zmieniają się w wilki? Jak mnie przyjmą? Czy mogłabym być jedną z nich? Czy umiałabym żyć tak jak oni? W zgodzie z naturą? Czy bym się tu odnalazła? W mojej głowie kotłowało się wiele pytań, na które odpowiedzi jeśli dobrze zrozumiałam słowa Unhasselie dostanę odpowiedź już niedługo. Skierowaliśmy się do budynku przypominającego ratusz.
-To jest Karvon. Główna siedziba rady. Tutaj też znajduje się nasza świątynia ku czci żywiołów, natury i Demeter. I jadalnia wraz z kuchnią. Tutaj szkolimy także do walki nowych.
 Devon mnie oświecił. Więc to było coś na kształt budynku głównego. Szkolenie nowych powiada. Ciekawe. Czyli takim jak oni się nie rodzi? A może chodziło mu o szkolenie dzieci. Czczą Demeter, zbyt oryginalni to oni nie są. Demeter to bogini natury, harmonii w niektórych podaniach też żywiołów. 
 W środku było pięknie. Karvon był ze wszystkich stron ozdobiony podobiznami bogini i symbolami żywiołów, wszystko było utrzymane w całkowitej harmonii co było dość dziwne jak na tak przesadzoną budowlę. Doszliśmy do jadalni. Było to ogromne pomieszczenie, na którego środku stał długi stół. Stało przy nim dwanaście krzeseł a na nim wszelkiej rozmaitości potrawy. Cała dziewiątka usiadła przy stole więc i ja to zrobiłam. Ciekawiło mnie kto zasiądzie na pozostałych dwóch miejscach. Nie zastanawiałam się jednak nad tym długo bo wszyscy zaczęli jeść a ja nie chciałam być gorsza. Na stole nie widziałam mięsa co bardzo mnie zadowoliło bo nie chciałam go jeść odkąd pamiętam. Nie że nie lubiłam jak się krzywdziło zwierzęta czy coś po prostu mi  nie smakowało. Tak więc ochoczo zabrałam się do jedzenia dań z warzyw i owoców.
 Po skończonym posiłku przemówił Devon:
-Kadeci, możecie już iść. Nie, Tymon ty zostań. Możesz się przydać. Reszta zamknijcie za sobą drzwi.- mówił władczym tonem, nieznoszącym sprzeciwu
 Kadeci zrobili dokładnie to co im kazał tym samym zadziwiając mnie swoim posłuszeństwem.
-Kim jesteś, Helen? I jak znalazłaś polanę? Jak wyszłaś z miasta?
-Nie wiem kim jestem, nie znam mojego pochodzenia. Jestem adoptowana. Idąc na polanę czułam jak kieruje mną księżyc, który wskazywał dokładnie na nią a z miasta po prostu wyszłam. Przygotowywałam się do tego bardzo długo i czekałam na okazję żeby się wymknąć. Od dziecka ciągnęło mnie w noc, tam gdzie nie mogłam chodzić. Byłam inna, nie chciałam podlegać Starszyźnie. – w tym momencie uznałam, że powiedziałam już wystarczająco dużo ponad to o co pytał
-Jesteś adoptowana, powiadasz. To by wiele tłumaczyło. Farbujesz włosy?- to był cios poniżej pasa, wszyscy od dziecka się mnie o to pytali
-Są naturalne. Nie wolno ich farbować, zresztą farby i tak nie działają.- ostatnie wypowiedziałam z zawistnym uśmiechem
-Ciekawe. Masz może jakieś znamiona? Może na ramieniu?- co to w ogóle za pytanie, ale postanowiłam jednak grzecznie odpowiedzieć
-Mam znamię na ramieniu. W kształcie półksiężyca.- kolejne moje „dziwactwo”
 Devon ożywił się natychmiastowo. Jego oczy zabłysnęły a usta wygięły się w uśmiechu. Tymon patrzył na mnie nic nie rozumiejącym wzrokiem. Był zdziwiony, ale nie smutny czy speszony albo zły. To było radosne zdziwienie, zaskoczenie porównywalne do przyjęcia-niespodzianki na urodziny.
-Wiem już wszystko co jest mi potrzebne. Teraz twoja kolej. Możesz zadawać pytania. Jakie tylko chcesz.
-Kim jesteście albo czym?
-Jesteśmy ludźmi obdarzonymi darem zmieniania się w wilki. Od wieków pozostajemy w zgodzie z naturą i nocą. Legenda głosi, że to Demeter obdarzyła nas tą mocą abyśmy w przyszłości pomagali w zachowaniu harmonii żywiołom na świecie.  W zamian obiecaliśmy czcić ja po koniec końców. –to by miało sens
-A więc rodzicie się tacy. W związku z tym nasuwa mi się kolejne pytanie: kim ja jestem czemu was rozumiem i co tu robię?- mój głos brzmiał pewnie, mówiłam bez zająknięcia
-Przypuszczam, że jesteś jedną z nas. To by tłumaczyło dlaczego nas rozumiesz, nie możesz farbować włosów i wyszłaś poza barierę. Podejrzewam tez czyim możesz być dzieckiem ale nie chce wprowadzać cię w błąd. Wiem, że nie kłamałaś bo umiem wyczuwać jakie intencje mają wobec mnie ludzie. Jak każdy przywódca. Mamy jeszcze inne, dodatkowe dary pomagające nam kierować dobrze stadem. Więcej będę mógł ci powiedzieć po zebraniu Rady. Resztę pytań, które zapewne dotyczą naszej kultury możesz zadać Tymonowi. On z chęcią udzieli ci odpowiedzi.- z tego co mówił dotarło do mnie, że ja też mam takie dary, dary przywódcy
 Tymon pokiwał głową i poprowadził mnie do wyjścia.
- Chodźmy. Zaraz zbierze się rada, nic tu po nas. Pierwszą lekcję bycia wilkiem uważam za rozpoczętą.- zaśmiał się Tymon a ja chcąc nie chcąc zarejestrowałam, że ma przyjemny śmiech
-To może mógłbyś mnie oprowadzić po mieście i po drodze opowiedzieć o waszych zwyczajach i tego jak powinnam się tutaj zachowywać.- zaproponowałam a on z uśmiechem skinął głową
-Nie masz przypadkiem jakiegoś pytania, którego trochę boisz się zadać?
-W sumie chciałam zapytać czy przywódcy są spokrewnieni ze sobą i czy zdarzyło sie kiedyś, że ktoś oprócz Unhasselie objawiał zdolności dla nich charakterystyczne.- zdziwiło go moje pytanie
-Jest czterech Unhasselie z czego jeden główny. Ich potomkowie stają się w przyszłości Unhasselie. Nigdy przywódcą nie został nikt z innej rodziny. Co do zdolności nadzwyczajnych oprócz Unhasselie objawiają je tylko wyrocznie ale nie w aż tak dużej mierze.  Wiem, że to ty miałaś pytać ale czy ty jesteś…
-Uzdolniona? Wydaje mi się, że tak. I tu jest problem. Wyczuwam intencje wobec mnie innych a moje sny…
-Są ja deja vu i często masz wrażenie, że to co się w nich działo jest prawdziwe?
-Skąd ty?
-Bo uczyłem się o przypadkach wyjątkowych głównych Unhasselie-wyroczni. Tylko, że do tej pory były one uważane za legendy. A nasz główny Unhasselie nie ma dzieci. –spojrzał na mnie tak przenikliwie, jakby chciał zobaczyć moją duszę
-No to mamy dowód, że jestem paranormalna.- próbowałam się roześmiać ale nic z tego nie wyszło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz