To najpierw parę słów ode mnie.
Po pierwsze chciałam przeprosić, że mnie tak długo nie było. Wiadomo: wakacje, wyjazdy, brak weny i czasu. Jestem tak podła, że nie wstawiłam nawet nic na rocznicę bloga. Istnieje on w sumie od ponad roku.
Po drugie rozdział nie jest idealny a na pewno nie taki jaki na początku miał być. Nie sprawdzałam wszystkich błędów. Muszę chyba na poważnie zająć się szukaniem bety.
Po trzecie i najważniejsze chciałam podziękować Kindze i zadedykować jej ten rozdział za to, że wytrwale czeka. Dziewczyno, ty tego bloga czytałaś więcej razy niż ja. Ogólnie to tez dzięki Kindze ten rozdział powstał bo przy wspólnym ryciu się wyryło się w mojej czaszce parę pomysłów.
Dobra to chyba wszystko. Teraz zapraszam do czytania.
~Vichi
--------------------------------------------------------------------------
Obudziłam się po raz pierwszy od dawna mając
świadomość, że wszystko jest na swoim miejscu. Nie było wątpliwości ani
strachu. Miałam po prostu gdzieś innych, to co sobie pomyślą. Chciałam żyć
chwilą i wtedy byłam tego pewna. Na zegarku widniała godzina ósma trzydzieści.
Ogarnęłam się dość szybko i już po jakimś czasie mogłam zagłębić się w lekturze,
którą przerwało pukanie do drzwi. Otworzyłam. O futrynę beztrosko opierał się
Fred.
-Jak tam,
śliczna?- zapytał- A ty znowu z tymi książkami. Są W-A-K-A-C-J-E a to nie jest
czas na książki. Teraz twój mózg ma odpocząć.
Idziemy na śniadanie.
-Tak
szybko? Przecież jest dopiero…-zaczęłam
-Dziesiąta.
Wszyscy już są brakuje tylko nas. Chyba nie chcesz się spóźnić, co? –trafił w
mój czuły punkt, ja się nie spóźniam
Wyszłam razem z Fredem z pokoju. Po drodze do
tymczasowej jadalni rozmawialiśmy, śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Wkroczyliśmy
do środka trzymając się za ręce. Większość zaniemówiła kiedy na nas spojrzała.
Pierwszy ogarnął sytuację George.
-No
nareszcie, stary. Gratuluje.- zaśmiał się- Nie, serio długo się zbierał. Dwa
lata to szmat czasu.
Dni mijały mi bardzo szybko na wygłupach
bliźniaków, ich coraz ciekawszych pomysłach na brak nudy pod ich nadzorem,
chwilach sam na sam z Fredem, poznawaniu mojego brata (i niejednokrotnych
kłótniach z nim), gadaniu z
dziewczynami i znajdowaniu chwili dla Harry’ego i Rona. Nim się obejrzałam
musiałam się pakować na drogę powrotną.
Najchętniej zostałabym jeszcze ale ślub Charliego był czymś, czego nie można
było opuścić.
Kiedy
kończyłam się pakować ktoś zapukał do drzwi.
-Proszęę.-
powiedziałam dość wyraźnie
Drzwi otworzyły się i stanął w nich Draco.
-Hej. Jak
tam? Spakowałeś się wreszcie?- zapytałam wiedząc, że zostawi to na ostatnią
chwilę
-Niee,
mogę to zrobić jutro rano. Przecież zdążę. Ty jak widzę już kończysz. W sumie
to mam pytanie.
-Wal.
–powiedziałam wkładając do walizki kolejną koszulkę
-Bo wiesz.
Niedługo wracamy o Hogwartu i ten… Nie boisz się czasem tego wszystkiego? Mamy
przystąpić do ponownego przydziału, być może zmienić domy, otoczenie, znajomych.
To wszystko jest tak cholernie pokręcone. –jego głos brzmiał dziwnie
-Ej,
chyba nie wymiękasz? Draco, ogarnij się. Jesteś Black. Będzie spoko. Jasne, że
ja się boję, chociaż wątpię żebym zmieniła dom. Jeśli ty go zmienisz to nic się
nie stanie. Masz znajomych, szanujących cię znajomych w innych domach.- mówiłam
spokojnie
-Chodzi o
to, że w Slytherinie byłem przywódcą,
liderem, to ja wyznaczałem zasady i boję się… boję się, że nie będę umiał się w
tym wszystkim na nowo odnaleźć. Nie jestem przyzwyczajony do życia we
wspólnocie z kimś. I wątpię, żeby mi to wyszło. –stwierdził ponuro
-Spoko, w
razie czego zawsze mogę rzucić na ciebie Silencio i cię unieruchomić. Wtedy
będziesz bardzo podatny na ugody.- wyszczerzyłam zęby
-Ty
jesteś sadystką.- odpowiedział już z uśmiechem
-Jakoś trzeba
sobie w życiu radzić. Jak wojna się skończy a ja przeżyje chciałabym jechać do
Petersburga.- stwierdziłam nagle
-Dlaczego
akurat tam?
-Bo tam
jest pięknie. Byłam tam raz, przejazdem, to naprawę piękne miejsce. Chciałabym zobaczyć
je kiedyś znowu. Chciałabym zobaczyć jeszcze wiele miejsc, podróżować. A ty co
chciałbyś robić jak Voldemort już upadnie- uśmiechnęłam się
-Jeśli
upadnie. Zostanę magomedykiem, będę pomagał ludziom. Może kiedyś uda mi się
odpokutować za zło jakie uczyniłem.- mówił to z goryczą i smutkiem gorycz w jego głosie była okropna, brzmiał
jak człowiek, który wyszedł po latach z więzienia i chce odczyścić swoje
sumienie, jak ktoś zły kto chce się nawrócić. Tylko, że on nie był zły.
-Draco, spójrz na mnie.-spojrzał mi prosto w
oczy-To nie jest twoja wina, że robiłeś to co robiłeś. Ty zostałeś tak
wychowany. Czy myślisz, że gdyby Voldemort miał prawdziwą rodzinę byłby taki
jaki jest teraz? To kim jesteśmy i jacy jesteśmy nie jest tylko naszym wyborem
ale tez tym, co ukształtowali w nas ludzie z naszego otoczenia. Byłeś taki
jakim nauczono cię być, ważne jest to, że chcesz się zmienić. –chciałam pocieszyć
brata za wszelką cenę ale, choć mówiłam prawdę poczułam niemiłe ukłucie w
okolicach serca jakbym go okłamywała
-Wiesz, tu jest nawet fajnie. Nikt nie
morduje, nie karze mi na to patrzeć. Wujek Voldzio nie przychodzi na niedzielne
obiadki. Nigdy nie myślałem, że się stamtąd wyrwę. Chociaż jakby pół roku temu
ktoś do mnie przyszedł i powiedział mi, że będziesz moją siostrą a Syriusz Black okaże się moim ojcem odesłałbym go na terapię szokową w św. Mungu. –zaśmialiśmy
się oboje-Tylko, że jesteś dobrą siostrą.- stwierdził chwilę później
-Ty tez jesteś spoko jako brat.- dodałam od
siebie- Dlatego możesz iść się spakować, żeby czegoś nie zapomnieć.
-Czyli mam rozumieć,
że mnie wywalasz? –zapytał z pantomimą zdziwienia
-Oczywiście.- stwierdziłam ze śmiechem
-Czuje się urażony.- to zdanie powiedział z
miną zbitego kota
-No, już, już. Pan wychodzi.- praktycznie
wypchnęłam go za drzwi choć wiedziałam, że i tak by wyszedł
-Jeszcze tu wrócę.- usłyszałam jeszcze i zaśmiałam
się ponownie
Tak już było. Najpierw rozmawialiśmy o czymś
poważnym a następnie się śmialiśmy. Relacja moja i Draco, jako siostry i brata
była dość specyficzna. Trudno się nam dziwić skoro przez tyle lat się nienawidziliśmy.
Wbrew temu co mówił, wiedziałam, że Draco szybko odnajdzie się w nowej
sytuacji. Od zawsze umiał się przystosować, do każdego środowiska (które nie
było zakazanym lasem) i dogada się, z każdym człowiekiem (który nie jest
gryfonem ale jego nastawienie trochę się jakby nie patrzeć zmieniło). Nie wierzyłam,
że i ta jego cecha mogła ulec zmianie. Ja tez się zmieniłam, widziałam to.
Jednak moja zmiana polegała bardziej na przestaniu być taką zagorzałą kujonką a
staniu się kimś kto umie stawić czoło sytuacji, rozumie rady życia i nie
popełnia kilka razy tego samego błędu. Stałam się tez bardziej arogancka i
ironiczna. Draco zmienił się bardziej spektakularnie, przestał mieć uprzedzenia
do mugolaków, zaczął tolerować uczniów Gryffindoru, w sumie chyba zaczął lubić
większość tego, co obrażał i czym gardził przez te wszystkie lata. Wyzbył się
wyższości i pogardy względem wszystkich. Polubiłam jego nową wersję. Zauważyłam,
że zakumplował się z Ginny. Zastanawiałam się czy coś z tego wyjdzie ale po
jakimś czasie uznałam, że przecież są tylko znajomymi a nawet jeśli jest pomiędzy
nimi coś więcej to nie moja sprawa i nie
powinnam się wtrącać.
Dokończyłam
pakowanie i zeszłam na dół. Chciałam
jeszcze raz zobaczyć zachód słońca nad tamtym morzem. Poszłam spacerem nad
brzeg i usiadłam. Wiatr rozwiał mi włosy misternie ułożone wcześniej przez
Ginny. Wpatrywałam się w słońce znikające powoli za horyzontem, złote słońce
otoczone barwami pomarańczy, różu i fiolet. Morze lekko falowało. Pozorny
spokój i łagodność wypełniały powietrze. Jak zaczarowana patrzyłam w stronę
słońca chowającego się coraz bardziej za widnokręgiem tylko po to by następnego
dnia wzejść a później górować na widnokręgu.
To zabawne, że taka duża ilość ludzi nawet nie
dostrzega codziennej wędrówki słońca chociaż to dzięki niej są w stanie zrobić
tak wiele rzeczy. Mogą określać czas, pory roku, daty. Dzięki słońcu żyjemy,
możemy funkcjonować i mamy poczucie tego co wieczne, stałe a tego co przelotne.
Ludzkie życie jest rzeczą bardzo przelotną. Weźmy na przykład moich opiekunów.
Jednego dnia żyją i normalnie funkcjonują, pracują, zajmują się domem a
następnego przychodzą śmierciożercy i koniec. Tak po prostu. Nie zasłużyli na
coś takiego, nic nie zrobili. Wtedy tak naprawdę uświadomiłam sobie jak wiele
ofiar niesie ze sobą wojna. Nie tylko ofiar wałczących po obu stronach ale
także niewinnych ludzi, nawet nieświadomych ryzyka. Tak naprawdę można umrzeć w
każdej chwili.
Moje niezbyt optymistyczne rozważania przerwał
huk a potem jakieś niezrozumiałe krzyki. Zerwałam się z miejsca i zaczęłam biec
ku hałasowi ignorując całkowicie instynkt przetrwania mówiący mi, że mam
znaleźć się jak najdalej od niego. W końcu dotarłam do bramy budynku. Słyszałam
nawet stamtąd odgłosy walki i zaklęć. Miałam nadzieje (choć wiedziałam, że to
głupie i nieprawdopodobne), że to jednak nie śmierciożercy tylko coś.. innego.
Chciałam, żeby to były jakieś magiczne stworzenia albo coś w tym stylu. Weszłam
do budynku. Walczący nawet tego nie zauważyli. Większości moich przyjaciół nie
widziałam. Gdzieś przemknął mi Dracon walczący z jakimś śmierciożercą. Widziałam
ludzi z ministerstwa, poznałam ich po szatach, widziałam tez członków zakonu. Nie
miałam zbyt wiele czasu na myślenie bo niedługo potem jakaś śmierciozerczyni
zaatakowała mnie od tyłu.
-Rictumsempra- krzyknęła
Na szczęście w odpowiedniej chwili
zareagowałam zaklęciem ochronnym. Tak zaczął się nasz pojedynek.
-Drętwota.
-Crucio
Walczyłyśmy bez chwili wytchnienia, żadna nie
chciała przegrać. Wtedy nie myślałam o reszcie walczących wokół mnie,
popisywałam się moimi zdolnościami magicznymi, szeroką znajomością klątw i
zaklęć ochronnych oraz podstawowej obrony. Po pewnym czasie mojej przeciwniczce
spadła maska. Dziewczyna była mniej
więcej w moim wieku. Miała czarne, mocno
poskręcane, w niektórych miejscach wręcz skołtunione włosy i błyszczące
niebieskie oczy. Jej twarz była dość blada, cera ziemista. Wydatne usta
pomalowane czarną szminką. Sprawiała wrażenie mrocznej aczkolwiek bystrej i
błyskotliwej osoby. Oczy młodej śmierciozerczyni jarzyły wręcz inteligencją
właścicielki.
Rzucałyśmy coraz bardziej
wysublimowane klątwy oraz zaklęcia. Sporo walczących juz zniknęło.
Śmierciozerczyni rzuciła w moim kierunku zaklęcie oślepiające, zaskakująco
celne. Zaczęła uciekać. Goniłam ją mało co widząc przez ciemne plamy
roztaczające się przed moimi oczami. W końcu udało mi sie w biegu rzucić
przeciwzaklęcie. Stanęłam przed kolejnym zakrętem i rzuciłam na siebie zaklęcie
kameleona. Dalej szłam za nią ostrożnie, żeby mnie nie zauważyła. Z jednej
strony chciałam ja jak najszybciej obezwładnić z drugiej jednak była moje wrodzona
ciekawość nad jej celem. Ciekawość oczywiście wygrała. Po jakimś czasie z
zaułku wyszedł posiadacz dobrze mi znanej, rudej czupryny. Ronald Weasley z
dobrze widocznym, mrocznym znakiem na ramieniu. Myślałam wtedy, że to zły sen,
że zaraz się obudzę i będę się śmiać razem z chłopakami z mojego koszmaru i
chorej podświadomości.
-Aparecjum.- wymówił w moim kierunku i
wiedziałam, że wpadłam
Jak on u diabła się zorientował?
-Expelliarmus.- wycelowałam w Rona
różdżką
Chłopak zrobił unik, złapał dziewczynę
za rękę i już po chwili rozległ się głośny huk obwieszczający deportacje.
-Cholera! Cholera jasna!- zaklęłam z wściekłości
Byłam bezsilna. Mój najlepszy przyjaciel,
którego jak mi się wydawało znałam był śmierciożercą. Jak to możliwe, że
niczego nie zauważyłam? Przecież Mroczny Znak na ogół jest widoczny a Ron nosił
T-shirty z krótkim rękawem. Jak on mógł tak nas wszystkich zdradzić? Mnie,
Harry’ego, Zakon, Dumbledore’a, własną rodzinę? To wszystko nic dla niego nie
znaczyło? Wiedziałam, że nie znajdywał się we władaniu zaklęcia Imperius. To
tamta dziewczyna, kimkolwiek była zrobiła z niego to czym wtedy był.
Walka się skończyła. Podbiegł do mnie George.
Wtedy przypomniałam sobie o istnieniu reszty świata. Chłopak był rozczochrany
(gorzej niż zwykle) a w jego oczach był smutek. Smutek i żal. Od razu
wiedziałam, że stało się coś złego, coś z Fredem. Czy choć raz nie mogło być
dobrze? Tak jak powinno być? Czy zawsze kiedy zaczynamy czuć się bezpieczni i
szczęśliwi, na tyle na ile się da w nasze życie musi wkraczać Voldemort?
-Oberwał jakąś klątwą. Potężną.
Przetransportowali go do Munga. Nie mógł przestać krwawić. –głos Georga był tak
wyprany z emocji jak tylko się da
Dlaczego? Dlaczego akurat on? Dlaczego nie
mógł oberwać Ron- ta gnida podszywająca się pod przyjaciela. Wtedy zrozumiałam
co oznacza powiedzenie: jaki pies taki pan. Ron niesamowicie zaczął mi
przypominać Glizdogona, taki sam zdradziecki szczur.
-A reszta?- zapytałam zdławionym tonem
-Mają się dobrze nie licząc paru
siniaków i zadrapań Tylko nigdzie nie możemy znaleźć Rona.- odpowiedział George
-Szukanie go nie będzie konieczne.
Uciekł. Razem ze śmierciożerczynią, z którą walczyłam. Widziałam na jego
ramieniu Mroczny znak. –mówiłam martwym tonem
Widziałam na twarzy Georga zakłopotanie,
zdziwienie i kształtująca się dopiero złość. Przyglądałam się temu jednak
bardziej z oddali. Jakbym stała z boku, była postronnym obserwatorem dwójki
rozmawiających ze sobą ludzi. Nie czułam praktycznie nic, jak po znieczuleniu.
Jakbym znieczuliła uczucia. Byłam odrętwiała, nie myślałam jasno.
-Hermiono, dobrze się czujesz? Jesteś
strasznie blada.- stwierdził po chwili
-Ja.. po prostu. Zbyt dużo wrażeń na
jeden dzień.
-Taa, wiem coś o tym. O niektórych
wręcz chciałbym zapomnieć. –wydawało mi się, że już zaczął zapominać
Widziałam, że nie dopuścił do siebie myśli, że
jego młodszy brat jest śmierciożercą. Ja tez nie przyjęłam jeszcze w pełni do
wiadomości po jakiej stronie stanął mój najlepszy przyjaciel. Z kim się
sprzymierzył. Nie chciałam tez zrozumieć, że z Fredem jest źle, naprawdę źle bo
jeśli George mówi poważnie to naprawdę musiało być coś nie tak. Nie zdawałam sobie
także sprawy, że powód ataku śmierciożerców musiał być bardzo konkretny skoro
wyszukali nas w tak odległym miejscu. Tylko, że tamtego wieczora a raczej nocy bo
świecił już nad nami księżyc nie myślałam w ogóle. Ni umiałam zespolić prostych
faktów, dodać dwa do dwóch.
Jakieś pół godziny później, po ogarnięciu
sytuacji tam, na miejscu teleportowaliśmy się przed Grimmauld Place 12. Po
wejściu do środka zobaczyłam całą rodzinę Weasleyów z wyjątkiem Rona i Freda.
Na Merlina, nawet Percy tam był. Oprócz Weasleyów byli tam tez Draco, Harry i
Syriusz. Pani Weasley szybko do nas podeszła i zapytała:
-Co z Ronem? Nic mu nie jest? Tak się
o niego martwię.- zobaczyłam łzy w oczach tej kobiety
Poczułam ukłucie żalu, że to właśnie
ja będę musiała jej przekazać okropną prawdę o jej synu. Byłam świadoma, że to
przez wiadomość, którą ja oznajmię spędzi wiele następnych nocy na wylewaniu
łez, być może straci wiarę we własne dziecko, zacznie się zadręczać. Tylko, że
wiedziałam tez iż to właśnie ja musze to powiedzieć. George nie mógłby tego
zrobić, nie obwieściłby czegoś takiego własnej matce. Ja tez nie zrobiłabym
tego mojej gdyby zyła.
Wzięłam głęboki oddech.
-Pani Weasley, chodzi o to, że… Ron
jest śmierciożercą. Widziałam na własne oczy Mroczny znak na jego ramieniu.
Widziałam jak deportował się ze śmierciożerczynią, z którą wcześniej walczyłam.
Naprawdę mi przykro.- nie było mi przykro
To było tylko kolejne kłamstwo, jedno z
takich, którym człowiek posługuje się kiedy przyjacielowi umrze ktoś z rodziny
albo gdy dziecko coś zepsuje.
Tylko, że wyraz twarzy pani Weasley
był jedną z tych rzeczy, których nie zapomina się do końca życia choćby się
niewiadomo jak wiele przeżyło. Kobieta patrzyła na mnie jakby pierwszy raz
widziała mnie na oczy. Na zmianę otwierała i zamykała usta ale nie wydobywał
się z nich żaden dźwięk. Jej oczy błądziły po pomieszczeniu jakby próbując
określić gdzie właściwie sie znajduje.
Postanowiłam się przyjrzeć reszcie
rodziny Weasleyów. Pan Weasley miał zaciśniętą szczękę a jego pięści zrobiły się
trochę czerwonawe od zaciskania. Bill
wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w ścianę. Percy zaczął krążyć nerwowo
po pokoju. Charlie objął mocniej
Cassiedie. Ginny siedziała i patrzyła na mnie ze stoickim spokojem jakby od
początku spodziewając się takich a nie innych wiadomości. To ona pierwsza
zabrała głos.
-Jak wyglądała ta śmierciozerczyni?
Przypominała ci kogoś szczególnego?- zapytała a
wszystkie oczy zwróciły się ku niej
Próbowałam drogą analizy dojść kogo konkretnego mogła mi przypominać. Już wtedy jej twarz wydawała mi sie znajoma ale nie
do końca wiedziałam kto był do niej podobny albo raczej do kogo ona była
podobna. Spojrzałam na Syriusza. On tez sprawiał wrażenie spokojnego, na pewno
bardziej niż Harry, na którym skupił całą swoja uwagę. Przyglądał się
Chłopcu-Który-Przeżył ze stoickim, typowym dla Blacków w takich sytuacjach
spokojem. I wtedy mnie olśniło. Przypomniałam sobie drzewo genealogiczne
Blacków. Przypomniałam sobie twarz kobiety patrzącej z obłędem na wszystkich
dookoła, kobiety o tych samych rysach, podobnym spojrzeniu. Kobiecie, która
była niemalże starszą kpią mojej przeciwniczki. Tylko oczy je różniły.
-Bellatriks Lestrange. –te słowa
wypowiedziałam niemalże z szacunkiem
Wiedziałam dużo o tej kobiecie. Wiedziałam za co ja skazano i gdzie
obecnie przebywała. Wiedziałam kim była i jakich karygodnych czynów się
dopuściła. Jednak jej znajomość zaklęć, zaciętość w walce, gotowość do akcji,
perfekcyjność w używania zaklęć oraz niesamowita zręczność w odbijaniu zaklęć
przeciwnika imponowały mi. Jej nazwisko budziło prawie taki sam lęk jak
Voldemorta. Podczas służby w szeregach Riddle’a była na skraju szaleństwa i
zaczęła mordować dla samego mordowania, widoku krwi. Jednak zawsze ja
podziwiałam. Chciałam choć w najmniejszym stopniu opanować zdolności magiczne
tak jak ona. Nigdy oczywiście nie przyświecał mi ten sam cel ale to nie
przeszkadzało mi podziwiać jej wiedzę i umiejętność jej użycia.
Wtedy było się jasne, że dziewczyna, z
którą walczyłam była jej córką, tą sama, o której wspominał już wcześniej Ron.
Tylko, że nie skończyła jak mówił pracy dla Czarnego Pana, wręcz przeciwnie-
nadal mu służyła a na dodatek wciągnęła w to jego.
Yey ^^ Widzę, że na poważnie wzięłaś moją podpowiedź, o zrobieniu z Rona sadysty :D Kindze się podoba :3 Ale troszku mało Fremione było w tym Fremione, no ale w jednym rozdziale nie można mieć wszystkiego XD Cóż życzę dalszej weny, i jak najszybciej nowej notki <3
OdpowiedzUsuń~~Kinga
I've been surfing online more than 3 hours today, yet I never found any
OdpowiedzUsuńinteresting article like yours. It is pretty worth enough for me.
Personally, if all website owners and bloggers made good content as
you did, the web will be much more useful than ever before.
Here is my weblog ... arthur falcone
Ciekawa historia! Jak dotąd naj lepszy rozdział *-* /jamespotterizakazanylas
OdpowiedzUsuń