czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 20.



  To najpierw parę słów ode mnie. 
Po pierwsze chciałam przeprosić, że mnie tak długo nie było. Wiadomo: wakacje, wyjazdy, brak weny i czasu. Jestem tak podła, że nie wstawiłam nawet nic na rocznicę bloga. Istnieje on w sumie od ponad roku.
Po drugie rozdział nie jest idealny a na pewno nie taki jaki na początku miał być. Nie sprawdzałam wszystkich błędów. Muszę  chyba na poważnie zająć się szukaniem bety.
Po trzecie i najważniejsze chciałam podziękować Kindze i zadedykować jej ten rozdział za to, że wytrwale czeka. Dziewczyno, ty tego bloga czytałaś więcej razy niż ja. Ogólnie to tez dzięki Kindze ten rozdział powstał bo przy wspólnym ryciu się wyryło się w mojej czaszce parę pomysłów.  
Dobra to chyba wszystko. Teraz zapraszam do czytania.   
~Vichi
-------------------------------------------------------------------------- 

Obudziłam się po raz pierwszy od dawna mając świadomość, że wszystko jest na swoim miejscu. Nie było wątpliwości ani strachu. Miałam po prostu gdzieś innych, to co sobie pomyślą. Chciałam żyć chwilą i wtedy byłam tego pewna. Na zegarku widniała godzina ósma trzydzieści. Ogarnęłam się dość szybko i już po jakimś czasie mogłam zagłębić się w lekturze, którą przerwało pukanie do drzwi. Otworzyłam. O futrynę beztrosko opierał się Fred.
-Jak tam, śliczna?- zapytał- A ty znowu z tymi książkami. Są W-A-K-A-C-J-E a to nie jest czas na książki. Teraz twój mózg ma odpocząć.  Idziemy na śniadanie.
-Tak szybko? Przecież jest dopiero…-zaczęłam
-Dziesiąta. Wszyscy już są brakuje tylko nas. Chyba nie chcesz się spóźnić, co? –trafił w mój czuły punkt, ja się nie spóźniam
 Wyszłam razem z Fredem z pokoju. Po drodze do tymczasowej jadalni rozmawialiśmy, śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Wkroczyliśmy do środka trzymając się za ręce. Większość zaniemówiła kiedy na nas spojrzała. Pierwszy ogarnął sytuację George.
-No nareszcie, stary. Gratuluje.- zaśmiał się- Nie, serio długo się zbierał. Dwa lata to szmat czasu.

 Dni mijały mi bardzo szybko na wygłupach bliźniaków, ich coraz ciekawszych pomysłach na brak nudy pod ich nadzorem, chwilach sam na sam z Fredem, poznawaniu mojego brata (i niejednokrotnych kłótniach z nim), gadaniu z dziewczynami i znajdowaniu chwili dla Harry’ego i Rona. Nim się obejrzałam musiałam się pakować  na drogę powrotną. Najchętniej zostałabym jeszcze ale ślub Charliego był czymś, czego nie można było opuścić.
Kiedy kończyłam się pakować ktoś zapukał do drzwi.
-Proszęę.- powiedziałam dość wyraźnie
 Drzwi otworzyły się i stanął w nich Draco.
-Hej. Jak tam? Spakowałeś się wreszcie?- zapytałam wiedząc, że zostawi to na ostatnią chwilę
-Niee, mogę to zrobić jutro rano. Przecież zdążę. Ty jak widzę już kończysz. W sumie to mam pytanie.
-Wal. –powiedziałam wkładając do walizki kolejną koszulkę
-Bo wiesz. Niedługo wracamy o Hogwartu i ten… Nie boisz się czasem tego wszystkiego? Mamy przystąpić do ponownego przydziału, być może zmienić domy, otoczenie, znajomych. To wszystko jest tak cholernie pokręcone. –jego głos brzmiał dziwnie
-Ej, chyba nie wymiękasz? Draco, ogarnij się. Jesteś Black. Będzie spoko. Jasne, że ja się boję, chociaż wątpię żebym zmieniła dom. Jeśli ty go zmienisz to nic się nie stanie. Masz znajomych, szanujących cię znajomych w innych domach.- mówiłam spokojnie
-Chodzi o to, że w Slytherinie  byłem przywódcą, liderem, to ja wyznaczałem zasady i boję się… boję się, że nie będę umiał się w tym wszystkim na nowo odnaleźć. Nie jestem przyzwyczajony do życia we wspólnocie z kimś. I wątpię, żeby mi to wyszło. –stwierdził ponuro
-Spoko, w razie czego zawsze mogę rzucić na ciebie Silencio i cię unieruchomić. Wtedy będziesz bardzo podatny na ugody.- wyszczerzyłam zęby
-Ty jesteś sadystką.- odpowiedział już z uśmiechem
-Jakoś trzeba sobie w życiu radzić. Jak wojna się skończy a ja przeżyje chciałabym jechać do Petersburga.- stwierdziłam nagle
-Dlaczego akurat tam?
-Bo tam jest pięknie. Byłam tam raz, przejazdem, to naprawę piękne miejsce. Chciałabym zobaczyć je kiedyś znowu. Chciałabym zobaczyć jeszcze wiele miejsc, podróżować. A ty co chciałbyś robić jak Voldemort już upadnie- uśmiechnęłam się
-Jeśli upadnie. Zostanę magomedykiem, będę pomagał ludziom. Może kiedyś uda mi się odpokutować za zło jakie uczyniłem.- mówił to z goryczą i smutkiem  gorycz w jego głosie była okropna, brzmiał jak człowiek, który wyszedł po latach z więzienia i chce odczyścić swoje sumienie, jak ktoś zły kto chce się nawrócić. Tylko, że on nie był zły.
-Draco, spójrz na mnie.-spojrzał mi prosto w oczy-To nie jest twoja wina, że robiłeś to co robiłeś. Ty zostałeś tak wychowany. Czy myślisz, że gdyby Voldemort miał prawdziwą rodzinę byłby taki jaki jest teraz? To kim jesteśmy i jacy jesteśmy nie jest tylko naszym wyborem ale tez tym, co ukształtowali w nas ludzie z naszego otoczenia. Byłeś taki jakim nauczono cię być, ważne jest to, że chcesz się zmienić. –chciałam pocieszyć brata za wszelką cenę ale, choć mówiłam prawdę poczułam niemiłe ukłucie w okolicach serca jakbym go okłamywała
-Wiesz, tu jest nawet fajnie. Nikt nie morduje, nie karze mi na to patrzeć. Wujek Voldzio nie przychodzi na niedzielne obiadki. Nigdy nie myślałem, że się stamtąd wyrwę. Chociaż jakby pół roku temu ktoś do mnie przyszedł i powiedział mi, że będziesz moją siostrą a  Syriusz Black okaże się moim ojcem odesłałbym go na terapię szokową w św. Mungu. –zaśmialiśmy się oboje-Tylko, że jesteś dobrą siostrą.- stwierdził chwilę później
-Ty tez jesteś spoko jako brat.- dodałam od siebie- Dlatego możesz iść się spakować, żeby czegoś nie zapomnieć.
-Czyli mam rozumieć, że mnie wywalasz? –zapytał z pantomimą zdziwienia
-Oczywiście.- stwierdziłam ze śmiechem
-Czuje się urażony.- to zdanie powiedział z miną zbitego kota
-No, już, już. Pan wychodzi.- praktycznie wypchnęłam go za drzwi choć wiedziałam, że i tak by wyszedł
-Jeszcze tu wrócę.- usłyszałam jeszcze i zaśmiałam się ponownie
Tak już było. Najpierw rozmawialiśmy o czymś poważnym a następnie się śmialiśmy. Relacja moja i Draco, jako siostry i brata była dość specyficzna. Trudno się nam dziwić skoro przez tyle lat się nienawidziliśmy. Wbrew temu co mówił, wiedziałam, że Draco szybko odnajdzie się w nowej sytuacji. Od zawsze umiał się przystosować, do każdego środowiska (które nie było zakazanym lasem) i dogada się, z każdym człowiekiem (który nie jest gryfonem ale jego nastawienie trochę się jakby nie patrzeć zmieniło). Nie wierzyłam, że i ta jego cecha mogła ulec zmianie. Ja tez się zmieniłam, widziałam to. Jednak moja zmiana polegała bardziej na przestaniu być taką zagorzałą kujonką a staniu się kimś kto umie stawić czoło sytuacji, rozumie rady życia i nie popełnia kilka razy tego samego błędu. Stałam się tez bardziej arogancka i ironiczna. Draco zmienił się bardziej spektakularnie, przestał mieć uprzedzenia do mugolaków, zaczął tolerować uczniów Gryffindoru, w sumie chyba zaczął lubić większość tego, co obrażał i czym gardził przez te wszystkie lata. Wyzbył się wyższości i pogardy względem wszystkich. Polubiłam jego nową wersję. Zauważyłam, że zakumplował się z Ginny. Zastanawiałam się czy coś z tego wyjdzie ale po jakimś czasie uznałam, że przecież są tylko znajomymi a nawet jeśli jest pomiędzy nimi coś więcej to  nie moja sprawa i nie powinnam się wtrącać.  
Dokończyłam pakowanie i zeszłam na dół.  Chciałam jeszcze raz zobaczyć zachód słońca nad tamtym morzem. Poszłam spacerem nad brzeg i usiadłam. Wiatr rozwiał mi włosy misternie ułożone wcześniej przez Ginny. Wpatrywałam się w słońce znikające powoli za horyzontem, złote słońce otoczone barwami pomarańczy, różu i fiolet. Morze lekko falowało. Pozorny spokój i łagodność wypełniały powietrze. Jak zaczarowana patrzyłam w stronę słońca chowającego się coraz bardziej za widnokręgiem tylko po to by następnego dnia wzejść a później górować na widnokręgu.
 To zabawne, że taka duża ilość ludzi nawet nie dostrzega codziennej wędrówki słońca chociaż to dzięki niej są w stanie zrobić tak wiele rzeczy. Mogą określać czas, pory roku, daty. Dzięki słońcu żyjemy, możemy funkcjonować i mamy poczucie tego co wieczne, stałe a tego co przelotne. Ludzkie życie jest rzeczą bardzo przelotną. Weźmy na przykład moich opiekunów. Jednego dnia żyją i normalnie funkcjonują, pracują, zajmują się domem a następnego przychodzą śmierciożercy i koniec. Tak po prostu. Nie zasłużyli na coś takiego, nic nie zrobili. Wtedy tak naprawdę uświadomiłam sobie jak wiele ofiar niesie ze sobą wojna. Nie tylko ofiar wałczących po obu stronach ale także niewinnych ludzi, nawet nieświadomych ryzyka. Tak naprawdę można umrzeć w każdej chwili.
 Moje niezbyt optymistyczne rozważania przerwał huk a potem jakieś niezrozumiałe krzyki. Zerwałam się z miejsca i zaczęłam biec ku hałasowi ignorując całkowicie instynkt przetrwania mówiący mi, że mam znaleźć się jak najdalej od niego. W końcu dotarłam do bramy budynku. Słyszałam nawet stamtąd odgłosy walki i zaklęć. Miałam nadzieje (choć wiedziałam, że to głupie i nieprawdopodobne), że to jednak nie śmierciożercy tylko coś.. innego. Chciałam, żeby to były jakieś magiczne stworzenia albo coś w tym stylu. Weszłam do budynku. Walczący nawet tego nie zauważyli. Większości moich przyjaciół nie widziałam. Gdzieś przemknął mi Dracon walczący z jakimś śmierciożercą. Widziałam ludzi z ministerstwa, poznałam ich po szatach, widziałam tez członków zakonu. Nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie bo niedługo potem jakaś śmierciozerczyni zaatakowała mnie od tyłu.
-Rictumsempra- krzyknęła
 Na szczęście w odpowiedniej chwili zareagowałam zaklęciem ochronnym. Tak zaczął się nasz pojedynek.
-Drętwota.
-Crucio
 Walczyłyśmy bez chwili wytchnienia, żadna nie chciała przegrać. Wtedy nie myślałam o reszcie walczących wokół mnie, popisywałam się moimi zdolnościami magicznymi, szeroką znajomością klątw i zaklęć ochronnych oraz podstawowej obrony. Po pewnym czasie mojej przeciwniczce spadła maska. Dziewczyna  była mniej więcej w moim  wieku. Miała czarne, mocno poskręcane, w niektórych miejscach wręcz skołtunione włosy i błyszczące niebieskie oczy. Jej twarz była dość blada, cera ziemista. Wydatne usta pomalowane czarną szminką. Sprawiała wrażenie mrocznej aczkolwiek bystrej i błyskotliwej osoby. Oczy młodej śmierciozerczyni jarzyły wręcz inteligencją właścicielki.
Rzucałyśmy coraz bardziej wysublimowane klątwy oraz zaklęcia. Sporo walczących juz zniknęło. Śmierciozerczyni rzuciła w moim kierunku zaklęcie oślepiające, zaskakująco celne. Zaczęła uciekać. Goniłam ją mało co widząc przez ciemne plamy roztaczające się przed moimi oczami. W końcu udało mi sie w biegu rzucić przeciwzaklęcie. Stanęłam przed kolejnym zakrętem i rzuciłam na siebie zaklęcie kameleona. Dalej szłam za nią ostrożnie, żeby mnie nie zauważyła. Z jednej strony chciałam ja jak najszybciej obezwładnić z drugiej jednak była moje wrodzona ciekawość nad jej celem. Ciekawość oczywiście wygrała. Po jakimś czasie z zaułku wyszedł posiadacz dobrze mi znanej, rudej czupryny. Ronald Weasley z dobrze widocznym, mrocznym znakiem na ramieniu. Myślałam wtedy, że to zły sen, że zaraz się obudzę i będę się śmiać razem z chłopakami z mojego koszmaru i chorej podświadomości.
-Aparecjum.- wymówił w moim kierunku i wiedziałam, że wpadłam
Jak on u diabła się zorientował?
-Expelliarmus.- wycelowałam w Rona różdżką
Chłopak zrobił unik, złapał dziewczynę za rękę i już po chwili rozległ się głośny huk obwieszczający deportacje.
-Cholera! Cholera jasna!- zaklęłam z wściekłości
 Byłam bezsilna. Mój najlepszy przyjaciel, którego jak mi się wydawało znałam był śmierciożercą. Jak to możliwe, że niczego nie zauważyłam? Przecież Mroczny Znak na ogół jest widoczny a Ron nosił T-shirty z krótkim rękawem. Jak on mógł tak nas wszystkich zdradzić? Mnie, Harry’ego, Zakon, Dumbledore’a, własną rodzinę? To wszystko nic dla niego nie znaczyło? Wiedziałam, że nie znajdywał się we władaniu zaklęcia Imperius. To tamta dziewczyna, kimkolwiek była zrobiła z niego to czym wtedy był.
 Walka się skończyła. Podbiegł do mnie George. Wtedy przypomniałam sobie o istnieniu reszty świata. Chłopak był rozczochrany (gorzej niż zwykle) a w jego oczach był smutek. Smutek i żal. Od razu wiedziałam, że stało się coś złego, coś z Fredem. Czy choć raz nie mogło być dobrze? Tak jak powinno być? Czy zawsze kiedy zaczynamy czuć się bezpieczni i szczęśliwi, na tyle na ile się da w nasze życie musi wkraczać Voldemort?
 -Oberwał jakąś klątwą. Potężną. Przetransportowali go do Munga. Nie mógł przestać krwawić. –głos Georga był tak wyprany z emocji jak tylko się da
 Dlaczego? Dlaczego akurat on? Dlaczego nie mógł oberwać Ron- ta gnida podszywająca się pod przyjaciela. Wtedy zrozumiałam co oznacza powiedzenie: jaki pies taki pan. Ron niesamowicie zaczął mi przypominać Glizdogona, taki sam zdradziecki szczur.
-A reszta?- zapytałam zdławionym tonem
-Mają się dobrze nie licząc paru siniaków i zadrapań Tylko nigdzie nie możemy znaleźć Rona.- odpowiedział George
-Szukanie go nie będzie konieczne. Uciekł. Razem ze śmierciożerczynią, z którą walczyłam. Widziałam na jego ramieniu Mroczny znak. –mówiłam martwym tonem
 Widziałam na twarzy Georga zakłopotanie, zdziwienie i kształtująca się dopiero złość. Przyglądałam się temu jednak bardziej z oddali. Jakbym stała z boku, była postronnym obserwatorem dwójki rozmawiających ze sobą ludzi. Nie czułam praktycznie nic, jak po znieczuleniu. Jakbym znieczuliła uczucia. Byłam odrętwiała, nie myślałam jasno.
-Hermiono, dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blada.- stwierdził po chwili
-Ja.. po prostu. Zbyt dużo wrażeń na jeden dzień.
-Taa, wiem coś o tym. O niektórych wręcz chciałbym zapomnieć. –wydawało mi się, że już zaczął zapominać
 Widziałam, że nie dopuścił do siebie myśli, że jego młodszy brat jest śmierciożercą. Ja tez nie przyjęłam jeszcze w pełni do wiadomości po jakiej stronie stanął mój najlepszy przyjaciel. Z kim się sprzymierzył. Nie chciałam tez zrozumieć, że z Fredem jest źle, naprawdę źle bo jeśli George mówi poważnie to naprawdę musiało być coś nie tak. Nie zdawałam sobie także sprawy, że powód ataku śmierciożerców musiał być bardzo konkretny skoro wyszukali nas w tak odległym miejscu.  Tylko, że tamtego wieczora a raczej nocy bo świecił już nad nami księżyc nie myślałam w ogóle. Ni umiałam zespolić prostych faktów, dodać dwa do dwóch.
 Jakieś pół godziny później, po ogarnięciu sytuacji tam, na miejscu teleportowaliśmy się przed Grimmauld Place 12. Po wejściu do środka zobaczyłam całą rodzinę Weasleyów z wyjątkiem Rona i Freda. Na Merlina, nawet Percy tam był. Oprócz Weasleyów byli tam tez Draco, Harry i Syriusz. Pani Weasley szybko do nas podeszła i zapytała:
-Co z Ronem? Nic mu nie jest? Tak się o niego martwię.- zobaczyłam łzy w oczach tej kobiety
Poczułam ukłucie żalu, że to właśnie ja będę musiała jej przekazać okropną prawdę o jej synu. Byłam świadoma, że to przez wiadomość, którą ja oznajmię spędzi wiele następnych nocy na wylewaniu łez, być może straci wiarę we własne dziecko, zacznie się zadręczać. Tylko, że wiedziałam tez iż to właśnie ja musze to powiedzieć. George nie mógłby tego zrobić, nie obwieściłby czegoś takiego własnej matce. Ja tez nie zrobiłabym tego mojej gdyby zyła.
Wzięłam głęboki oddech.
-Pani Weasley, chodzi o to, że… Ron jest śmierciożercą. Widziałam na własne oczy Mroczny znak na jego ramieniu. Widziałam jak deportował się ze śmierciożerczynią, z którą wcześniej walczyłam. Naprawdę mi przykro.- nie było mi przykro
 To było tylko kolejne kłamstwo, jedno z takich, którym człowiek posługuje się kiedy przyjacielowi umrze ktoś z rodziny albo gdy dziecko coś zepsuje.
Tylko, że wyraz twarzy pani Weasley był jedną z tych rzeczy, których nie zapomina się do końca życia choćby się niewiadomo jak wiele przeżyło. Kobieta patrzyła na mnie jakby pierwszy raz widziała mnie na oczy. Na zmianę otwierała i zamykała usta ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Jej oczy błądziły po pomieszczeniu jakby próbując określić gdzie właściwie sie znajduje.
Postanowiłam się przyjrzeć reszcie rodziny Weasleyów. Pan Weasley miał zaciśniętą szczękę a jego pięści zrobiły się trochę czerwonawe od zaciskania. Bill  wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w ścianę. Percy zaczął krążyć nerwowo po pokoju. Charlie objął  mocniej Cassiedie. Ginny siedziała i patrzyła na mnie ze stoickim spokojem jakby od początku spodziewając się takich a nie innych wiadomości. To ona pierwsza zabrała głos.
-Jak wyglądała ta śmierciozerczyni? Przypominała ci kogoś szczególnego?- zapytała a wszystkie oczy zwróciły się ku niej
 Próbowałam drogą analizy dojść kogo konkretnego mogła mi przypominać. Już wtedy jej twarz wydawała mi sie znajoma ale nie do końca wiedziałam kto był do niej podobny albo raczej do kogo ona była podobna. Spojrzałam na Syriusza. On tez sprawiał wrażenie spokojnego, na pewno bardziej niż Harry, na którym skupił całą swoja uwagę. Przyglądał się Chłopcu-Który-Przeżył ze stoickim, typowym dla Blacków w takich sytuacjach spokojem. I wtedy mnie olśniło. Przypomniałam sobie drzewo genealogiczne Blacków. Przypomniałam sobie twarz kobiety patrzącej z obłędem na wszystkich dookoła, kobiety o tych samych rysach, podobnym spojrzeniu. Kobiecie, która była niemalże starszą kpią mojej przeciwniczki. Tylko oczy je różniły.
-Bellatriks Lestrange. –te słowa wypowiedziałam niemalże z szacunkiem
 Wiedziałam dużo o tej kobiecie. Wiedziałam za co ja skazano i gdzie obecnie przebywała. Wiedziałam kim była i jakich karygodnych czynów się dopuściła. Jednak jej znajomość zaklęć, zaciętość w walce, gotowość do akcji, perfekcyjność w używania zaklęć oraz niesamowita zręczność w odbijaniu zaklęć przeciwnika imponowały mi. Jej nazwisko budziło prawie taki sam lęk jak Voldemorta. Podczas służby w szeregach Riddle’a była na skraju szaleństwa i zaczęła mordować dla samego mordowania, widoku krwi. Jednak zawsze ja podziwiałam. Chciałam choć w najmniejszym stopniu opanować zdolności magiczne tak jak ona. Nigdy oczywiście nie przyświecał mi ten sam cel ale to nie przeszkadzało mi podziwiać jej wiedzę i umiejętność jej użycia.
Wtedy było się jasne, że dziewczyna, z którą walczyłam była jej córką, tą sama, o której wspominał już wcześniej Ron. Tylko, że nie skończyła jak mówił pracy dla Czarnego Pana, wręcz przeciwnie- nadal mu służyła a na dodatek wciągnęła w to jego.

3 komentarze:

  1. Yey ^^ Widzę, że na poważnie wzięłaś moją podpowiedź, o zrobieniu z Rona sadysty :D Kindze się podoba :3 Ale troszku mało Fremione było w tym Fremione, no ale w jednym rozdziale nie można mieć wszystkiego XD Cóż życzę dalszej weny, i jak najszybciej nowej notki <3

    ~~Kinga

    OdpowiedzUsuń
  2. I've been surfing online more than 3 hours today, yet I never found any
    interesting article like yours. It is pretty worth enough for me.
    Personally, if all website owners and bloggers made good content as
    you did, the web will be much more useful than ever before.



    Here is my weblog ... arthur falcone

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa historia! Jak dotąd naj lepszy rozdział *-* /jamespotterizakazanylas

    OdpowiedzUsuń